2025: Maraton Północ-Południe

Wstęp

Poraz czwarty zapisałem się na Maraton Północ-Południe. Trasa, zawsze wiodąca z Helu na Głodówkę, każdego roku ma nieco inny przebieg. Tym razem, jako, że to jubileuszowa – 10 edycja, organizatorzy za namową i wsparciem jednego z uczestników (ha, chyba to tajemnica poliszynela, że to mój brat mącił w tej kadzi 🙂 ) przygotowali coś ekstra – będzie ponad 10000 metrów podjazdów na całej 1007 km trasie. Z czego na ostatnich 170 km będzie to ponad 4500 metrów – czyli sporo, delikatnie mówiąc. Poza tym, i tradycyjnie Kaszubami z podjazdem w Czymanowie, przejedziemy przez okolice Lidzbarska Welskiego (też mocno pofałdowane, jak na warunki nizinne), Góry Świętokrzyskie (objedziemy główne pasmo – Łysogóry)i Pogórze Wiśnickie. Na wspomiany deser mamy kilka zabójczych ścianek w Beskidzie Wyspowym, z legendarnym Skiełkiem na czele i niewiele mu ustępującymi Młyńczyskami, a także podjazd od doliny Kamienicy na Wierch Młynne. Końcowe podjazdy to już w zasadzie czysta przyjemność – przełęcz Knurowska od strony Ochotnicy, spiskie Dursztyn i Łapszanka (skąd jest przepiękny widok na Tatry): z wyjątkiem może Brzegów, ale to już sama końcówka i zazwyczaj syndrom konia czującego stajnięe pomaga gładko taki podjazd wciągnąć.

Jak zawsze, pewną (aczkolwiek wątpliwą) atrakcją i pewnego rodzaju obrzędem inicjacji jest kupno biletów na Hel – tym bardziej, że na jubileuszowy wyścig organizatorzy zapewnili ponad 200 miejsc (zazwyczaj było to sporo mniej). Oczywiście, część zapisanych osób nie wystartuje, ale i tak będzie to większa liczba, niż w przypadku poprzednich edycji. Głównym problemem jest kupno biletu relacji Gdynia-Hel z rowerem – na szczęście udało mi się tego dokonać. Nieco kłopotów było z rezerwacją noclegu, bo w hotelu Halo (dawna Cassubia), w którym przed ostatnimi dwiema edycjami nocowaliśmy z Jędrkiem, nie było miejsc – ale chyba ktoś zwolnił, bo w końcu pojawił się jeden apartament, który zaraz czapnąłem.

Pewną zagadką przed wyścigiem była moja forma sportowa – niestety, zimowo-wiosenne problemy ze zdrowiem (najpierw walka z przepukliną kręgosłupa, potem z dość paskudną infekcją) spowodowały, że sporo mniej jeździłem i w zasadzie zrobiłem dwa dłuższe dystanse – jeden wiosną, z bratem, nieco ponad 400km, drugi to lipcowy maraton Tour de Silesia, na którym poszło mi nawet całkiem dobrze.

Przygotowałem sobie rozpiskę pitstopów, aczkolwiek miałem w zanadrzu też inne opcje, które sobie zapisałem w pamięci (a te poniżej, także w śladzie GPS, który wrzuciłem do Garmina):

Kilometr trasyDeltaWzniosPlanOpis
138138126714:00-14:20Egiertowo Orlen
268130101519:30-19:55Kisielice Duet
40213481201:30-02:00Raciąż Orlen 600SW
51511350606:45-07:15Mszczonów Orlen 150SE
65213797013:00-13:30Zagnańsk Orlen
800148136320:30-21:15Dobiesławice Orlen 300N
907107193904:00-04:30Wysokie Moya 650NW
1009102257011:00Głodówka

Ponieważ rozpiska jest dość ambitna, oprócz tychże, pamiętam o Orlenie (a nawet dwóch) w Kwidzynie, Żurominie oraz Żyrardowie. Jest też Orlen w Nowej Słupii oraz BP w Koszycach, krótko przed mostem na Wiśle. Potem jeszcze w Orlen w Żbikowicach na obrzeżu Beskidu Wyspowego i w Ochotnicy Dolnej (zdaje się, czynny w ciągu dnia tylko), a także CircleK nieco dalej w Harklowej. Ten zestaw powinien na pewno wystarczyć.

Czekam jeszcze na w miarę prawdopodobną prognozę pogody, żeby zdecydować, co zabrać (głównie, jeśli chodzi o cieplejsze ciuchy i ew. na zmianę przy większych opadach). Na dzień przed wyjazdem klaruje się, powiedziałbym, półpozytywnie ;). Czyli: będzie dość ciepło, ale nie gorąco – raczej nie poniżej 15 stopni (ale wiadomo, w górach może być różnie) a w dzień, raczej nie powyżej 25 stopni. Wiatr – raczej spokojny i raczej sprzyjający. To koniec dobrych wiadomości. Złe są takie, że po południu w sobotę (w zasadzie aż do nocy) może padać, i także w poniedziałek w górach może padać. No cóż, nie jest najgorzej, z deszczem jakoś się przeżyje przy tych temperaturach. Postanawiam nie brać długich ciepłych bibsów, tylko krótkie + nogawki i rękawki – ale bluzę jednak też. Rękawiczki krótkie oraz długie, ale jesienno-wiosenne, nieocieplane. Oczywiście kurtka, letnie ochraniacze (które są już kiepskie i większego deszczu nie przetrzymają, ale jakiś tam komfort dają). I krótka bluzka oraz spodenki na zmianę – nie pojadą na metę, tylko ze mną: wiele toto nie waży, a zawsze, przy mocniejszym przemoczeniu – może znacząco podnieść komfort i zapewnić termikę przy chłodniejszej nocy. Zapas żelów, w tym 4 z kofeiną, jakieś batony (ale to będę uzupełniał). Sprzęt – powerbank, kabelki (postanawiam nie brać ładowarki), zapasowe baterie do latarek, zestaw naprawczy – czyli imbusy, skuwacz, zapasowe linki przerzutki i hamulca, klej i łatki, a także 2 zapasowe dętki i 2 opony: pewnie nadmiar, ale MPP to dla mnie koronna impreza i mam silny imperatyw ukończenia. 🙂 Zastanawiam się nad zapasowym zestawem klocków hamulcowych, ale obecne są jeszcze w dobrej formie, postanawiam nie brać (ha! to był błąd, ale o tym dalej). 2 tygodnie przed wyścigiem wymieniłem także tylną oponę, bo stara miała już ponad 12kkm przebiegu, znaczniki zużycia były już zupełnie niewidoczne. Jako, że jeżdżę na „bezdętkach”, liczyłem się z tym, że będę się męczył, by opona „wskoczyła” w obręcz, klął i pomstował, ile wlezie. Tymczasem opona trzyma od razu. Podejrzane, przypuszczam, że zapłata za to przyjdzie później (jakbym był prorokiem… ;)).

Połączenie wybieram to samo, co rok temu – bezpośrednio pociąg IC Hutnik z Torunia do Gdyni, potem półtora godziny na przesiadkę i ok. 14:30 pociąg Regio na Hel. Oby tym razem bez nerwów… Bilety są, wszystko jest, tym razem jadę samochodem na dworzec – samochód zostawiam wracającej z Warszawy po południu żonie. Trochę kłopot z zaparkowaniem, ale gdzieś tam w końcu znajduję miejsce.

Na toruńskim dworcu, silny, zwarty i gotowy

Na dworcu nikogo „z naszych” nie widzę. Dopiero w pociągu (jest punktualnie!) jest trójka kolegów z okolic Częstochowy zdaje się (jeden z nich na kokpicie roweru ma nalepki – „Finisz na końcu”, „Pilnuj 2 strefy” i „Żryj” – nic dodać, nic ująć), a kolejny – ze Szczecina – wsiada w Bydgoszczy. Trochę gadamy, trochę próbuję przekimać. W Gdyni na stacji widzę jakiegoś starszego gościa z rowerem – to nie uczestnik MPP, tylko wracający z Rozewia Zdzisiu Piekarski, który ukończył MRDP w czasie koło 12 dni. Widać po nim ten wyścig, widać… Chwilę gadamy, potem spotykam Tomka Wyciszczaka, który zaprasza mnie do „ich” stolika w McDonald’sowym ogródku – jest tam także Maciek Orszulski, Tomek Iwanek oraz Paweł Sobolewski. Za chwilę dobijają także Michał Wolff oraz Mariusz Cukierski – jeden z głównych faworytów do zwycięstwa.

Pora ruszać na peron – oczywiście, konduktor bardzo pilnuje, czy aby wszyscy mamy bilety z rowerami, zanim wpuści nas do wagonu. Ten, niestety, jest nieklimatyzowany – w przeciwieństwie do reszty składu. Półtorej godziny szybko mija na rozmowach, ze szczególnym zainteresowaniem wysłuchałem wrażeń Mariusza z legendarnego wyścigu brewetowego (w zasadzie „ojca” wszystkich brewetów) Paris-Briest.

Już przed dojazdem na Hel widać było kłębiące się burzowe chmury. Liczę, że uda się nie zmoknąć, a zresztą, do hotelu z dworca jest dosłownie rzut beretem. Niestety, ten rzut beretem to i tak za dużo: zaraz po wyjściu na peron zaczyna kropić, przejazd przez park już w całkiem solidnym deszczu, a ostatni odcinek w ulewie. Niby króciutko, ale starczyło, by przemoknąć. Melduję się w hotelu – pani nawet mnie poznaje z poprzednich wizyt, miło! Rower zostawiam na dole klatki schodowej (takie zasady w hotelu, zabraniają brać do pokoi). Zdejmuję mokre skarpetki (buty miałem cywilne na podróż, więc całe szczęscie nie muszę suszyć rowerowych na jutro). Podpinam GPS, latarkę, radar i telefon do ładowarki: ten ostatni melduje „moisture in charging socket”, brawo… Próbuję dosuszyć papierem toaletowym, w końcu wpadam na pomysł – suszarka! W pokoju nie ma, ale na recepcji tak – za jej pomocą udaje się wysuszyć gniazdo USB. W międzyczasie przyjeżdża Jędrek.

Deszcz był tyleż intensywny, co krótki – po godzinie jest już przyjemnie. Razem idziemy na spacer na umowny „początek Polski”. Wracamy przez latarnię, gdzie dochodzimy jeszcze przed godziną zero – organizatorzy z prezesem Tomkiem na czele proszą o cierpliwość. Tymczasem zaczyna się robić tłoczno, pojawia się coraz więcej uczestników, duża część to znajomi. W końcu odbieramy upragnione zestawy startowe. Poza stricte „techniczną” zawartością (zawieszka na przepak, plakietka z numerem startowym na rower – specjalna, jubileuszowa – patrz niżej!, zestaw trytytek do mocowania tejże, tracker GPS) jest też upominek od „Koło Ultra” – w tym roku jest to ręcznik szybkoschnący z jubileuszowym 10-tkowym logo.

Z Jędrkiem – umowny początek Polski na Helu

Następnie decydujemy, by pójść gdzieś coś zjeść „na miasto”. Formuje się całkiem utytułowana grupa: jest ubiegłoroczny zwycięzca MPP (i tegoroczny TdS) Paweł Tynor, jest tegoroczny zwycięzca MRDP Kuba Szymański, jest mój brat Jędrek, który był na MRDP drugi, jest też inny uczestnik MRDP – Michał Trocha, jest też Maciek Kordas i Paweł Sobolewski. Namawiałem też Marcina Wiktorowicza, by poszedł z nami, ale nie chciał. Po napakowaniu kalorii wracamy – każdy do swojej bazy: brat i ja wbijamy jeszcze do Polomarketu po zakupy na śniadanie i coś na początek jutrzejszej drogi, przygotowujemy też rowery (umocowanie numeru startowego).

Jubileuszowa zawieszka na rower z ukończonymi edycjami wyścigu

Przed startem

Pospać się nawet, nawet udaje – jemy śniadanko, zapas wody do bidonów, batony poupychane w kieszeniach i torebkach – i jedziemy na start, pod latarnię. Pogoda i wiatr na razie ma sprzyjać, po południu prawdopodobnie popada, ale nie będzie zimno, poniżej 15 stopni nie powinno zejść. No właśnie, jak się ubrać? Na razie jest trochę chłodno, ale postanawiam ruszać „na krótko”, potem się zobaczy. Oczywiście kurtka i ochraniacze spakowane do torby pod ramę, żeby szybko można się do nich dobrać.

Jeszcze daję znać znajomym, że jadę, z namiarami na tracking. Zazwyczaj tylko najbliższa rodzina wiedziała, że jadę, nie wiem, co nie podkusiło w tym roku – może nie czuję się zbyt pewnie z formą i zawsze to będzie większa motywacja, by ukończyć? 🙂 W każdym razie wysłałem informację na grupę licealną oraz do ziomków z pracy.

Niedługo start

Na starcie znów spotkanie ze znajomymi i nieznajomymi, wspólne zdjęcia, pewna nerwowość. Włączamy trackery, GPSy z ustawioną trasą (swoją podzieliłem na 4 kawałki) i czekamy na start. Czy tym razem znów zanotujemy opóźnienie? Organizator zwraca uwagę na drobną modyfikację we Władysławowie, by ominąć jakiś remontowany odcinek – ale to wszystko jeszcze w ramach pilotowanego przelotu w grupie, nie powinno być problemu (poza tym, że Garmin będzie się awanturował).

Start!

Nie, równo o 9 ruszamy po uprzednim obowiązkowym odliczaniu 10, 9, 8… Spokojnie mijamy miasto, po wjeździe do lasu przyśpieszamy i jedziemy przyjemnym 28-30km/h. Troszkę się tasujemy, jadę głównie z Marcinem Wiktorowiczem, trochę też z Mariuszem Cukierskim. W pewnej chwili czoło peletonu mocno się odrywa – czyżby znowu policja nie utrzymała peletonu w ryzach? Przez jakiś czas jedziemy swoje, potem Marcin wrzuca ostrzejsze tempo, by dogonić ucieczkę. Na tętno na wszelki wypadek nie patrzę, oczywiście nie tak miało być… W końcu doganiamy czoło, które najwyraźniej istotnie zwolniło. Niestety, jesteśmy przedzieleni kilkoma samochodami, które w międzyczasie wyprzedziły rozciągnięte grupki peletonu. Tak dojeżdżamy do Władka i wkrótce skręcamy gdzieś tam w prawo, zgodnie z informacjami na starcie – na szczęście wiadomo, gdzie jechać, bo widać wciąż uczestników przed nami. Trochę kręcenia, ale w końcu dojeżdżamy do rondka na końcu miasta, na którym żegnamy Policję i wio! Teraz już jazda.

W peletonie na Mierzei Helskiej – z Marcinem Wiktorowiczem i Mariuszem Cukierskim

Gdzieś tam się zatrzymuję „toaletowo”, potem zasadniczo jadę sam, chociaż w zasadzie cały czas są mniej lub bardziej trwałe grupki. Przez światła w Łebczu przelatuję bez zatrzymania, jak rzadko. Potem do wiaduktu w zasadzie jadę w jakiejś grupce – przed nim dość niefajna sytuacja: samochód, który jedzie dłuższy czas za nami postanowił wyprzedzić, po czym przyhamować, czy może nawet zatrzymać się przed tym wiaduktem. Będąc na czele grupki ostro hamuję i zjeżdżam na z jezdni, by uniknąć kolizji. Pozostali uczestnicy przeklinają kierowcę, ktoś nawet rzuca hasło, by rzucić kamieniem. Ja wzywam do deeskalacji ;), w końcu nic się nie stało. Potem już jadę bardziej samotnie, co mi bardzo odpowiada, trzymam swoje tempo i staram się jechać w miarę równo. Nieco dalej spotykamy idącą z przeciwka pielgrzymkę, podobnie, jak w zeszłym roku.

Wędrówką jedną życie jest człowieka…

Dzięki stosunkowo łaskawej temperaturze nie chce mi się pić, staram się jednak pilnować nawodnienia (ha, potem już nie będę musiał, ale nie uprzedzajmy faktów). Ten początkowy kaszubski odcinek dobrze mi idzie w miarę. Przed żarnowską elektrownią tradycyjnie spotykam Marcina Podrażkę, chwilę razem jedziemy, ale potem już podjazd pod „Kaszubskie Oko” – najlepiej wchodzi solo. Podjazd ten, podobnie, jak przejazd Mierzeją, jest stałym punktem każdej edycji, w której brałem udział. 100 metrów do góry przy nachyleniu blisko 10% – na warunki nizinne to nie byle co. No, ale to początek, więc gładko wchodzi.

Jez. Żarnowieckie
Z Marcinem Podrażką koło żarnowieckiej elektrowni
Na dole elektrowni…
…i na górze

Potem przelot przez kaszubskie klimaty: górki, dołki – więc i prędkość średnia też odpowiednio maleje. Patrzę w niebo – robi się zachmurzone, jak nic, prognoza się zmaterializuje. W tym roku trasa wiedzie przez nieformalną stolicę Kaszub – Kartuzy: przejazd przez miasto, nawet nieduże, zawsze trochę spowalnia. Zastanawiam się, czy nie warto przedłużyć ten pierwszy odcinek i nie dojechać do Skarszew, gdzie również jest Orlen. Postanawiam jednak „nie kozaczyć” i trzymać się planu. Podjazd w Somoninie (tym razem bez żadnego wypadku po drodze) i ok. 14:25 melduję się na stacji w Egiertowie. Uzupełnienie bidonów, jedzenie, toaleta, trochę rozmów z innymi uczestnikami – i chwilę po 14:40 ruszam na trasę, nawet sprawnie mi ten postój wyszedł, niecałe 20 minut.

– Ahoj, Krtek!
– Bude pršet, pane cyklisto!
Kaszubskie krajobrazy

Wiatr, jak rzadko, niby pomaga, ale niespecjalnie widać to po mojej prędkości – z drugiej strony, jedzie się dobrze. Chociaż Egiertowo, oddalone kilka kilometrów od najwyższego wzniesienia polskiego niżu – Wieżycy – jest również najwyżej położonym punktem w pierwszej, nizinnej części wyścigu, górki i dołki towarzyszą cały czas. Dojeżdżam do Skarszew – zaczyna kropić deszcz, zgodnie z przewidywaniami: popołudnie będzie mokre. Na razie jednak to raczej delikatny opad, na dodatek ciepło 16-17 stopni. Im dalej jednak, tym mocniej pada: na wlocie do Starogardu zatrzymuję się na moment i zakładam kurtkę i ochraniacze na buty. Nogawki oszczędzam na „po deszczu”, żeby mieć coś suchego na noc. Na wylocie pada już solidnie, a dojazd do Pelplina już w ulewnym deszczu. Dalej tylko gorzej – to już nie rzęsisty deszcz, ale leje, jak z cebra, trzeba uważać, bo momentami droga zakryta przez wodę zmieszaną z piaskiem, nie widać, co jest pod spodem. Przejeżdżam nad autostradą A1, zatrzymuję się na chwilę na siku. Deszcze leje wciąż równo. Temperatura spadła do 15 stopni i dla mnie w zasadzie jest na granicy komfortu.

Przed dojazdem do krajowej 91 to jest w zasadzie ściana deszczu, czegoś takiego się nie spodziewałem. Zastanawiam się przez moment, czy nie stanąć, ale w sumie po co, skoro i tak w zasadzie jestem mokry (od pasa w dół, kurtka z grubsza trzyma)? Przed Gniewem jakby na chwilę zelżało, niestety, na chwilę jedynie. Na dodatek od pewnego czasu obserwuję, że licznikowy wysokościomierz chyba zaniemógł, słabo pokazuje podjazdy (i zjazdy), suma wzniesień też praktycznie nie przyrasta. Trudno, zobaczymy, jak to będzie dalej. Nie jest to krytyczne, ale jednak bardzo lubię mieć jasność, zwłaszcza po ciemku. 🙂

W Nicponi powinienem skręcić w lewo, przeoczam ten zjazd, cofam się – niestety, w garminie przestawił się ekran i teraz, przy kompletnie mokrym ekranie, nie mogę przywrócić właściwego. Zatrzymuję się i próbuję zetrzeć wilgoć, ustawić właściwy ekran (z mapą ze śladem oraz z bazowymi polami) – po paru minutach się udaje w końcu, blokuję ekran i jadę – ale czuję, że jednak trochę marznę. Deszcz znów się wzmaga, no coś okropnego. Przed mostem w Kwidzynie doganiam dwóch uczestników i do Marezy jedziemy razem. Na podjeździe do miasta znów jestem sam, mijam Orlen, ten tutaj jest mały, nawet gdzie usiąść nie ma. Na wylocie jest drugi, większy. Postanawiam zmienić plany i zrobić tu przerwę, jest 18:45. Jestem jednak trochę wyziębiony, zamawiam zupkę i zapiekankę, do tego herbatę z cukrem i cytryną, full wypas. Wszystko musi być ciepłe… Odpoczywa sporo innych uczestników, m.in. jakaś mała grupka z Krzysztofem Kurdejem na czele, weteranem ultramaratonów, a także nieco liczniejsza, w koszulkach Audax Polska. Będę się z nimi jeszcze kilkukrotnie mijał. Robię trochę dłuższy postój, niż zamierzałem, ale muszę się trochę dogrzać. Przed wyjazdem, też, pomimo, że wciąż pada, zakładam nogawki i dodatkowo pod kurtkę bluzę. Najwyżej potem zdejmę, ale teraz muszę mieć komfort termiczny, zwłaszcza na wieczór. Jeszcze się zastanawiam nad następnym postojem – ten Raciąż wypada na 400km, teraz jest 240 – chyba jednak zatrzymam się w Żurominie, tam też jest Orlen, na dodatek nie trzeba zjeżdżać. To będzie jakiś 355km trasy, w sam raz. Rozmawiam chwilę przez telefon z żoną, jednocześnie konstatuję na klasowej grupie Whatsapp’owej, że mam kibiców, sporo ciepłych słów, widać, że śledzą – no fajnie!

Ruszam o 19:25, długo wyszedł ten postój, ale nie żałuję, bo trochę odtajałem. Teraz jedzie się w miarę dobrze, deszcz już nie jest taki ulewny, ale wciąż pada. Im dalej od miasta ruch mniejszy. Znów jadę sam, nie widzę nawet nikogo przede mną ani za mną. Teren zaczyna trochę falować, ale większe górki to będą w okolicy Nowego Miasta Lubawskiego i Lidzbarka. Mijam stację w Kisielicach, na której odpoczywałem podczas swojego pierwszego MPP w 2021 roku. Wtedy to chyba była stacja Lotosu, obecnie lokalnej marki „Duet”: bar nieczynny – chyba dobrze zrobiłem, robiąc wcześniejszy pitstop w Kwidzynie. Mijam Biskupiec, położony nad rzeczką Osą – tu wjeżdżam na DW 538 w stronę Nowego Miasta Lubawskiego. Niedługo potem mijam Orlen, który jakoś przeoczyłem w swoim planowaniu, ale teraz to nie ważne. Kilka rowerów, widzę, stoi, więc nasi tu są! 🙂 Wkrótce zjeżdżamy z drogi wojewódzkiej na wschód, w drogę prowadzącą wzdłuż jeziora Skarlińskiego. Trochę szkoda, że jedziemy tędy nocą, bo to bardzo ładne okolice.

Ok. 22:00 dojeżdżam do Nowego Miasta Lubawskiego, mijam jakiegoś kolegę, który zdaje się właśnie złapał gumę, co za pech! Pytam, czy potrzebuje pomocy – ale sam ogarnie, świetnie. Przejeżdżam mostem nad Drwęcą, wypatruję w dali monstrualnej wieży widokowej w Kurzętniku – chyba coś tam widać, ale przy tej pogodzie, to ciężko stwierdzić. Teraz to deszcz jest już mały: temperatura spadła do 14 stopni – nie żałuję, że mam na sobie bluzę i kurtkę, jedynie nieprzyjemnie jest w kompletnie mokre stopy. Jak się skończy deszcz (mam nadzieję, że w Żurominie), przebiorę suche skarpety wodoodporne (no, może niecałkiem, te dexshelle już jednak trochę puszczają). Mimo przemoczenia i lekkiego wychłodzenia, nie czuję (nadmiernej) potrzeby snu, jest na razie dobrze. O 23:15 mijam Lidzbark – no, teraz już będzie wzlędnie płasko. 50km od Biskupca do Lidzbarka jechałem dość wolno, ponad 2h – ale na tych 50km było chyba ze 400m podjazdu – całkiem sporo, jak na polski niż.

DW 541, którą teraz podążam na południe, do Żuromina, najwyraźniej przeszła remont, pamiętam ją sprzed kilku lat, spora różnica. Za Zieluniem, zdaje się, pojawia się po lewej coś na kształt ciągu pieszo-rowerowego. Ale, że znaków nie widziałem po ciemku, a na głównej drodze zakazu nie ma, to jadę szosą, ruch samochodowy i tak symboliczny. Krótko przed północą mijam Lubowidz, deszcz niemal, że ustał. W pewnym momencie pojawia się, niestety, znak B-9, więc nolens volens zjeżdżam na tę DDRkę po lewej stronie – ale jest taka sobie, kostkowa. Jadę tym kawałek, ale przy okazji najbliższego skrzyżowania (chyba to było skrzyżowanie) wracam na szosę. 10 minut po północy melduję się na żuromińskim Orlenie. Jest trochę średnio, bo nie ma gdzie klapnąć, no nic – biorę żarcie i siadam w kącie. Na stacji trochę wiary maratonowej, ja biorę, prócz żarcia i herbatki – także i kawę, by przetrwać resztę nocki. Zastanawiam się, jak podejść dalej do tematu przerw – na razie jestem na 355km, będę miał względnie płaski odcinek w zasadzie aż do południowej granicy Mazowsza. Chyba dojadę do Żyrardowa, gdzie jest zarówno Orlen jak i McDonalds, to jest gdzieś koło 500 km. Ten Mszczonów niby niewiele dalej, ale to i tak prawie 150km jazdy non-stop i to w nocy. Zmieniam skarpetki – suche stopy, jak liczę, dodadzą mi animuszu. 😉 Ponieważ już w zasadzie przestało padać, te mokre naciągam na lemondkę licząc, że się podsuszą (a przynajmniej nie zaśmiardną do reszty).

Jakoś tak się dobrze siedziało, że niemal godzinę przepalilem na tym postoju, ruszam chwilę po 1:00, na dodatek na pobliskim rondku jadę prosto, zamiast skręcić w lewo – na szczęście, szybko koryguję pomyłkę. W pewnym momencie znów zaczyna trochę padać, szybko zdejmuję z ramion lemondki skarpetki, które trochę już zaczęły schnąć. Mijam uśpiony Bieżuń – w centrum trochę kostki brukowej, ale bardzo krótki odcinek, nie daje się w znaki – i jadę dalej na południe. Prędkość nocna niezbyt imponująca, ale te 25km/h średnio utrzymuję, więc nie jest najgorzej. Chwilę po 3:00 jestem w Raciążu, 400km za mną. Trochę odczuwam zmęczenie, gdzieś tam staję na chwilę na siku, przy okazji przygotowuję sobie batony, żeby potem nie walczyć z otwieraniem. Mijam Górę, przez którą często jeżdżę samochodem do i z Warszawy. Od dłuższego czasu nikogo z uczestników nie spotkałem. Gdzieś koło 4:30 łapie mnie mocna senność, postanawiam zdrzemnąć się chwilę na przystanku. Nie jestem pewien, czy zasnąłem, ale nawet zamknięcie oczu na te 10 minut pozwala na jakiś tam odpoczynek. Wciągam jeszcze żel z kofeiną, licząc, że pomoże mi przetrwać do rana, a za jasnego, to już jakoś tam będzie.

Jeszcze po ciemku wjeżdżam na krajową 50-tkę i o 5:30 przecinam Wisłę mostem wyszogrodzkim. Niby powinno być już jasno, bo niedługo wschód słońca, ale jednak przez zachmurzenie trochę ta jasność słabo się przebija. Niedługo za mostem zjeżdżam w prawo, potem kawałek wzdłuż Bzury, by przeciąć ją małym, wąskim mostem. Teraz dłuższy odcinek drogi z polbruku, z niby tam takim wąskim asfaltowym poboczem, którym próbuję jechać. Już kiedyś ten odcinek zaliczałem, niby jest znośny, ale dość uciążliwy. Koło Paprotni na chwilę wjazd na krajową 92, potem znów na południe. W Szymanowie znów drobna pomyłka, szybko wracam na ślad. Jest już po 7:00, chciałoby się przerwy… Za 20 minut w końcu docieram do wiaduktu nad autostradą A2 koło Wiskitek, o 7:45 melduję się na żyrardowskim McDonalds’ie. To 505km trasy, niby połowa, ale tylko odległościowo. Czasowo – na pewno nie… raz, że tę drugą część jedzie się, ze względu na zmęczenie, wolniej, po drugie – potem będą fest górki! Ale na razie cieszę się pokonanym dystanstem,. Odpoczywa tu chyba dwóch kolegów (nie pamiętam, kto). Ładuję elektronikę, przy okazji restartując Garmina, licząc na to, że zacznie prawidłowo ogarniać wysokość. Uświadamiam sobie, że rano nie kupię „normalnego” żarcia, więc zamawiam jakąś śniadaniową kanapkę, frytki i herbatę. Ha, jeszcze będę musiał uzupełnić zapasy na drogę, ale to szybko stanę na pobliskim Orlenie. Frytki zjadłem, ale kanapka słabo wchodzi, połowę pakuję zawiniętą do kieszeni. Chociaż wciąż trochę mży, postanawiam trochę pokropić oliwką łańcuch. Kto nie smaruje, ten nie jedzie… Jeszcze toaleta – i o 8:35 ruszam, znów prawie godzinę przepalone na postaju… Ale jeszcze przed upływem doby od startu jednak! Jeszcze króciutki postój na kupno wody i batoników w Orlenie i jadę dalej. Następny postój postawiam zrobić w Przysusze – na małym Orlenie, który zaliczyłem też na swoim pierwszym MPP w 2021 roku.

Ok. 9:00 jestem w okolicach parku wodnego Suntago, a za chwilę przejeżdżam przez Mszczonów. Wciąż jadę sam, ale odpowiada mi to, może czasami chciałoby się do kogoś zagadać, ale za to staję, gdzie potrzebuję i na jak długo chcę. Powoli zaczynają się sady – w końcu to jeden z największych sadowniczych rejonów w Polsce. Trochę podupada też jakość drogi, ale to dopiero przedsmak, co będzie nas czekać na końcu województwa mazowieckiego i na początku świętkorzyskiego… Na razie postanawiam stanąć na moment i zdjąć ochraniacze na buty i kurtkę, bo praktycznie przestało siąpić. Wystawiam też znów na suszenie skarpetki na lemondkę. 🙂 Ściągam też nogawki. Przypominam sobie o żarciu ze „złotych łuków” – biorę dwa kęsy kanapki, słabo wchodzi, ale zawsze to urozmaicenie od batonów i żeli. Na razie jest w miarę równo, ale wydaje się, że Edge po restarcie zaczął znów prawidłowo (lub z grubsza prawidłowo) notować wysokość.

Gdzie się nie obrócić – sady

Wciąż, jak okiem sięgnąć, sady. Gdzieś tam wjeżdżamy do woj. łódzkiego. Potem znów mazowieckie: sady z wolna zaczynają ustępować polom uprawnym. O 11:30 mijam Nowe Miasto nad Piicą i samą Pilicę – gdzieś tam nawet widać kajaki. Temperatura teraz przyjemna, 18-19 stopni, momentami próbuje przeświecać słońce nawet. A, kanapkę trzeba zjeść, przypominam sobie. Pfff, zdecydowanie wolę klasyczne, „obiadowe” mcdonaldowe menu, ale jem, co mam. Co jakiś czas odgryzam kęs, długo żując i próbując przełknąć ten mcdonald’owy delikates.

Pilica koło Nowego Miasta
Przed Odrzywołem – w dali Góry Świętokrzyskie

Wreszcie jest ta Przysucha, do Orlenu muszę trochę zjechać z trasy na wschód, trochę potem pod górkę – i przed 13:00 melduję się na kolejnym postoju. Pytam pani, czy ktoś „z naszych” się meldował – odpowiada, że tak, rano, wpadli jak po ogień i pojechali… Ja, tradycyjnie, trochę przepalam czasu, racząc się zapiekanką i popijając herbatką. Jak rzadko, jestem sam (nie licząc „cywilnych” klientów) na stacji. I znów prawie 50 minut postoju, do diaska. Ale też odpocząłem trochę (chociaż na stacji są tylko niezbyt wygodne stołki barowe), podładowałem elektronikę i pogadałem z żoną.

Kąpielisko nad Pilicą
Na Orlenie w Przysusze

O 13:45 ruszam – w Przysuchej kończą się w zasadzie mazowickie równiny, jeszcze kawałek za miastem jest względnie płasko. Niedaleko spotykam Macieja Orszulskiego – coś kiepsko wygląda, mówi, że chyba jest trochę chory. Sugeruję delikatnie kwaterę, chociaż Maciek to stary wyjadacz, sam wie, co robić. Kurczę, w poprzednim roku na Maratonie Podróżnika też miał jakieś problemy w okolicach połowy trasy i, jak pamiętam, zaliczył wtedy DNF. Miejmy nadzieję, że teraz do tego nie dojdzie. Jeszcze kawałek względnie płaskiego wzdłuż rzeczki Radomki, potem zaczynają się górki. Nawierzchnia też mocno kiepścieje, ale dopiero po wjeździe do województwa Świętokrzyskiego zaczyna się kryminał – klasyczne kalafiory, tyłek ostro dostaje w kość. Na dodatek zaczyna mnie ostro morzyć, popołudniowe ciepełko (no, 21 stopni w końcu) potęguje senność. W Bokowie piękny przystanek z muralem poświęconym majorowi „Hubalowi” Dobrzańskiemu – ma odpowiednio szeroką ławeczkę, zalegam na 5 minut zamykając oczy. Właśnie zaczynam się zbierać, kiedy podjeżdża samochód, wysiadają dwie umundurowane panie i pytają, czy podoba mi się mural? No, podoba mi się, oczywiście! Okazuje się, że jedna z nich jest sołtysem Bokowa i to jest właśnie ich inicjatywa, ten mural. Chwilę rozmawiamy, dziewczyny się jeszcze tłumaczą, że ta nawierzchnia taka fatalna (a wszak droga to kompetencja wójta, a nie sołtysa, o ile to w ogóle droga gminna). Miło się rozmawia, ale jest 14:55, pora ruszać.

Pani Sołtys Bokowa z koleżanką przy muralu poświęconym Hubalowi

Ten badziewny asfalt ciągnie się jeszcze długo, do Nikłania Wielkiego. Potem, do Odrowąża już względnie dobrze, ale co tyłek dostał w kość, to dostał. Teraz ogólnie dość przyjemnie się jedzie, sporo lasów, górki jeszcze nie takie bojowe. Przed Samsonowem trochę dłuższy podjazd, a potem zjazd – 16:15 mijam ruiny huty w Samsonowie i skręcam na wschód.

Samsonów

Przejeżdżam przez Zagnańsk – mijam dąb „Bartek’ i Orlen, na którym planowałem postój – ale teraz jadę dalej, podskakują na dość niewygodnych „leżących policjantach”. Na Orlenie, jak zazwyczaj – trochę naszych, widzę chyba tę grupkę w strojach „Audax”. Potem podjazd pod Bukową Górę – dość wysoko, na 450m n.p.m., ale dobrze się jedzie, bo jest w miarę równo i nie za stromo. Potem zjazd przez Psary i zaczynam objazd głównego pasma Gór Świętokrzyskich – czyli Łysogór. Po prawej stronie, na południu, dominuje wydatne wzniesienie – to najwżyszy szczyt, Łysica, wznosząca się na dumne 612 m n.p.m. Gdzieś tam mnie dogania ekipa „Audaxu”, jest już 18:00, niedługo zacznie się zmierzch. Liczyłem na to, że zaliczę cały objazd Gór Świętokrzyskich z jasnego, ale raczej nic z tego, bo przecież jeszcze zrobię postój w Słupii, na Orlenie.

Łysica – najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich
Łysa Góra z klasztorem i wieżą telewizyjną

W miarę podążania na wschód coraz wyraźniej dominuje po prawej wzniesienie Łysej Góry z klasztorem i masztem telewizyjnym na szczycie. Wreszcie Baszowice, potem Słupia – i o 18:40 melduję się na Orlenie. Tutaj znów spotykam ekpię „Audaxu”, a także Krzysztofa Kurdeja ze swoją grupką. Zamawiam żarcie – niestety, zupki właśnie sprzątneli mi sprzed nosa, zamawiam ostatni słoik, który został – to gulasz, za którym średnio przepadam. Do tego zapiekanka i herbata. Sporo czekam przy kasie i na podgrzanie zupki, choroba. Na noc obowiązkowo biorę też kawę, bo trochę jestem zmęczony. Rozmawiam chwilę z Krzysztofem – oni zabukowali sobie jakiś nocleg w Busku. Przez chwilę zastanawiam się, czy to nie jest dobry pomysł, ale do Buska trzeba trochę zjechać. Nawet są na bookingu jakieś miejsca, waham się, rozmawiam jeszcze z żoną. Wreszcie decyduję, że jadę – jak mnie zmorzy, to trudno. Patrzę jeszcze na prognozę – kurczę, jutro wygląda w górach mocno nieciekawie, spore opady, a także burze. Jasny gwint, co za edycja. Będzie ciężko, zwłaszcza zjazdy ze ścianek – w ostrym deszczu, na hamulcach obręczowych zwłaszcza… Jeszcze króciutka wiadomość na grupę klasową… No, znów zmitrężyłem sporo czasu. Zakładam nogawki i o 19:45, już po ciemku, ruszam – rany, ponad godzinę postoju! 🙁

Łysa Góra jeszcze raz

Początek trochę wolno mi idzie, zwłaszcza, że pod górkę. Potem skręcam z drogi wojewódzkiej na północ, w stronę Huty Szklanej – jest jeszcze ostrzej. Droga prowadzi niemal na sam grzbiet, wznosząc się na blisko 500 m n.p.m. – po czy skręcam na zachód – zjeżdżając do Bielin. Potem jeszcze jeden podjazd i można rzec, Góry Świętokrzyskie mam zaliczone. Teraz bardziej płaskie Ponidzie. Dostaję wiadomość na WhatsApp od Marcina Wiktorowicza, zatrzymuję się na chwilę przy wjeździe na DW764, żeby przeczytać – on załatwił sobie nocleg w Wiślicy (już tam dojeżdża). Mnie korci trochę to Busko, ale jednak dobrze się jedzie, postanawiam na razie jechać i co najwyżej ad hoc będę rzeźbił. Wzdłuż drogi prowadzi DDR-ka, więc na nią wbijam. Niestety, oczywiście przeoczam skręt w lewo za niecały kilometr, muszę się ciut cofnąć. Teraz bardzo ładny odcinek wąską, lokalną szosą, przez las – szkoda, że w nocy. Potem znów otwarty teren, jakaś rzadka zabudowa, o ile można coś zobaczyć w nocy. Przecinam linię kolejową LHS (na szczęście nie trafiłem na przejazd pociągu) i kieruję się dalej, na południe. Przy jakimś większym stawie, czy jeziorku na moment przystaję. Ta druga nocka trochę daje w kość, ale na razie nie jest najgorzej. Busko już blisko, brać nocleg? Decyduję, że jadę, co tam. Przed krajową 73 dość przyjemne nachylenie, na liczniku prawie 50 km/h.

Dalej, do Wiślicy względnie równo, bez większych wzniesień dość przyjemną, lokalną drogą. Znów żałuję, że po ciemku, bo jednak te ponidzkie krajobrazy mają swój klimat, tak pięknie opisany w wierszach Wojtka Belona. Z daleka widać już podświetloną zabytkową kolegiatę wiślicką. Samo miasteczko w zasadzie się omija, a szkoda (co prawda nocą to i tak wiele się nie zobaczy). Główny jego zabytak – wspomniana wyżej gotycka świątynia, powstała na miejscu wcześniejszej, romańskiej, została wybudowana (a raczej ufundowana) przez Kazimierza Wielkiego jako ekspiacja za zabójstwo mnicha Marcina Baryczki, który miał go obłożyć ekskomuniką i dodatkowo zrugać w ostrych słowach za niemoralne prowadzenie się. Postać ta pojawia się też w powieści Król Chłopów Kraszewskiego. Kościołów za to zabójstwo ufundował król więcej, m.in. w Sandomierzu. W kościele chyba najbardziej znanym zabytkiem jest tzw. Płyta Wiślicka – fragment posadzki ze starszej świątyni z romańskimi zdobieniami figuralnymi. W samym mieście jest jeszcze gotycki wikariat zwany domem Jana Długosza (przez niego ufundowany), pozostałości romańskiego kościoła św. Mikołaja, a w pobliżu – grodzisko. Wiślica była wszak ważnym ośrodkiem państwa Wiślan (niegdyś uważano nawet, że to tam w 880 roku książę Wiślan pod przymusem przyjął chrzest, które to wydarzenie opisuje morawski Żywot św. Metodego – chociaż obecnie badacze przyjmują, że to Kraków był głównym ośrodkiem tego państwa). Zdecydowanie, trzeba te rejony odwiedzić turystycznie.

Jadę nie zatrzymując się i ok. 0:30 przecinam Nidę. Dalej cały czas względnie płasko, niewielkie tylko wzniesienia. O 1:30 docieram do Dobiesławic – tu, w prawo, jest zaplanowany przeze mnie Orlen, ale w i tak nie jadę wg rozpiski, postanawiam pociągnąć do Koszyc, gdzie jest BP. To już niedaleko, niecałe 10 km, a przecież poprzedni postój też zrobiłem dalej, w Nowej Słupii zamiast w Zagnańsku.

Do Koszyc docieram punkt 1:49 i… jest mała kicha – w nocy nie ma dostępnego „normalnego” menu, są tylko hotdogi i napoje… a przecież BP Wild Bean Cafe też ma całkiem niezłe menu, z „Selekcji Makłowicza” – szkoda, że niedostępne. Co zrobić, jem, co jest, do tego jeszcze jakiś wafelek pocieszenia. Hotdogi wchodzą beznadziejnie, ale zmuszam się do jedzenia, popijając obficie herbatą (tak, potem będzie sikanie). Na szczęście są w miarę wygodne fotele. Jestem sam, domawiam jeszcze kawę i batoniki na drogę, próbuję trochę zmrużyć oczy, ale nic z tego. Jeszcze toaleta i o 2:25 ruszam – akurat ktoś tam wjeżdżał z naszych na tę stację. Zaraz przekraczam Wisłę, i jestem w ostatnim już województwie na trasie maratonu – małopolskim. Jadę kawałek dość fajną trasą, chyba czysto rowerową, wzdłuż Wisły. Doganiam kogoś po ciemku, po odpoczynku mam trochę powera – ciekawe, na jak długo? 🙂 Za chwilę zatrzymuję się, bo jednak muszę ściągnąć kurtkę, jest 16 stopni, dość ciepło. Na razie jeszcze jest względnie równo, choć ten popostojowy power po jakimś czasie mija. Niewiele pamiętam z tej ciemności i zmęcznia, ale w międzyczasie, przez 1.5 godziny chyba ze 3 razy musiałem zatrzymywać się na siku, zgodnie z przewidywaniami zresztą. 🙂

O 3:50 przejeżdżam nad autostradą A4, chwilę później dojeżdżam do Rzezawy, która dość długo się ciągnie – jeszcze kawałek, przecinam „starą” DK 94, i oto przede mną pierwsze podjazdy Pogórza Wiśnickiego. Za mną 845 km, przede mną raptem trochę ponad 160 km, ale za to ile górek… Pierwsze wchodzą zadziwiająco dobrze. Potem zjazd do Starego Wiśnicza, kolejna górka, trochę zaczyna mnie mulić. Na którymś kolejnym podjeździe cień klamkomanetki po prawej stronie (lampkę mam zamocowaną pod kierownicą, od tej strony właśnie) sprawia wrażenie, jakby ktoś jechał obok mnie, dość blisko, zbyt blisko. Gdy próbuję odezwać się do tego kogoś, aby nie podjeżdżał tak blisko uświadamiam sobie, że chyba pora stanąć… Na szczęście na górce jest elegancka, drewniana wiatka przystankowa z ławeczką, niezbyt wygodną, ale na 7 minut drzemki w sam raz. Nawet nie wiem, czy była drzemka, jednak oczy na pewno zamknąłem, musi na razie wystarczyć.

O 5:25 ruszam dalej, teraz w dół, a trochę ostygłem… ale temperatura cały czas utrzymuje się na poziomie 15-16 stopni, więc nie jest źle. Jeszcze jeden podjazd, a potem zjazd do Lipnicy Dolnej – tę ciekawszą, Murowaną – z pięknym kościołem św. Leonarda, rynkiem – omijamy. Powoli się rozjaśnia, na razie nie pada, chociaż jest lekko mgliście. Za Porąbką Iwkowską nieco dłuższy i dość ostry podjazd – ale na razie idzie dobrze, choć powoli, robię go z roweru (jeszcze…). Na zjeździe coś dziwnego z tylnym hamulcem, przyciera o felgę. Zatrzymuję się, sprawdzam, ruszam linką, no chyba wszystko gra, może jakiś brud się gdzieś dostał i zblokował lekko. Dość ostrożnie, bo droga jest wąska i kręta, zjeżdżam w dolinę Łososiny – to koniec pierwszego, podgórskiego etapu. Postanawiam zrobić pitstop na stacji Orlen w Żbikowicach, kawałek za mostem To już Beskid Wyspowy, czyli góry. Co prawda, to 890 km, ale może uda się „na raz” dojechać do mety, nawet na oparach, choć pewnie w Ochotnicy albo gdzieś tam będę się musiał zatrzymać po wodę choćby. Jest 7:45, niby tylko 120km do mety, ale wciąż kupę do podjechania, w tym przeklęty Skiełek, niech go dunder świśnie. Z tym dundrem (dunderem?) zdaje się, może coś być na rzeczy, o ile prognoza się sprawdzi… Na razie nie jest źle, trochę mgliście, jakby lekka mżawka, ale to nie opad wielkoskalowy. Niestety, na stacji nie ma wypasu – znów tylko hotdogi, jasny gwint, co za pech. Trudno, wcinam, co dają (wpycham raczej) i o 8:15 ruszam. Mogło być lepiej, ale nie jest źle.

W końcu Beskid Wyspowy!
Dolina Dunajca koło Tęgoborza

Zaraz też podjazd, tym razem pod mierzącą ponad 700 m n.p.m. Babią Górę, która jest wschodnim zwieńczeniem pasma Sałasza i Jaworza. Część daję z buta. Dogania mnie Marcin Wiktorowicz, który po nocy spędzonej w łóżku (no, nocy… ze 3h pewnie max) jest pełen wigoru. Chwilę jedziemy razem, ale zaraz Marcin przyspiesza i znika za kolejnym zakrętem. Zjazd kręty i wąski, cały czas na hamulcach. I nagle znów, po odpuszczeniu na prostej czuję, że tylne klocki ocierają. Ki diabeł? Zatrzymuję się, klamka nie odbija do końca. Rozkręcam linkę ruszam ją w pancerzu – wygląda okay. Skręcam znów – działa… Okay, ruszam znowu, ale po chwili, po mocniejszym hamowaniu znów to samo. Znów rozkręcam linkę, ale tym razem klamka pozostaje zablokowana – a więc coś w klamomanetce! No nie, nie rozbiorę jej przecież tutaj, nawet narzędzi nie mam odpowiednich, nie mówiąc o tym, że to zegarmistrzowska robota, której na dodatek nigdy sam nie robiłem. 🙁 Melduję co jest żonie, żeby nie martwiła się, że tak długo stoję (już prawie godzinę przepaliłem walcząc z tym hamulcem). Pojawia się niebezpieczeństwo wycofu… rany, na 100km przed metą? Ale jak tu jechać, na samym przednim hamulcu żadnych szans nie mam dojechać, przy tylu górkach i ostrych zjazdach jeszcze, być może w deszczu na dodatek. Zaczyna mnie ogarniać rezygnacja, ale zaraz… przecież dziś poniedziałek, zobaczmy, jak daleko mamy do jakiejś większej miejscowości? No tak, Limanowa jest nie tak daleko, trzeba by zboczyć kilkanaście kilometrów, ale to jest do zrobienia. Czy są tam jakieś sklepy rowerowe? No są, dzwonię do pierwszego – Sportman. Tłumaczę, co i jak, czy wezmą mnie na kanał w trybie pilnym? No da się, okay, jadę! Jest 10:30, wysyłam na wszelki wypadek SMS z krótką informacją do organizatorów, rozpinam tylny hamulec i jadę – no, na razie ostry kawałek schodzę, prowadząc rower. Potem ostrożnie, do Męciny już na kołach – po drodze mijam ekipę fotograficzno-filmową wyścigu, niedaleko kamieniołomu.

Zdjęcie dzięki uprzejmości Koło Ultra
Zdjęcie dzięki uprzejmości Koło Ultra

Teraz odbijam w prawo, na zachód, miast w lewo. Uff, okazuje się, że całkiem sporo musze podjechać przez Modarkę. Potem zjazd, ostrożnie – kurczę, coraz mniej przednich klocków, ale byle dojechać… Z dobrych wiadomości, to zamiast padać, pokazuje się słońce, ha! Robi się nawet ciepło. 11:15 jestem w sklepie, serwis jest zaraz obok. Praktycznie od razu serwisant bierze mój rower bada, co i jak, przez dłuższą chwilę nie wiadomo, o co biega… w końcu odwraca go, dmucha w mechanizm klamkomanetki – coś się tam rusza! Eureka – za chwilę wydmuchuje małą śrubkę, a raczej jej końcówkę. Okazuje się, że ta śrubka, służąca do regulacji dystansu klamki (np. jak ktoś ma mniejsze dłonie) pękła (ciekawe, czemu, pewnie od jakiejś wcześniejszej gleby) i ta pęknięta część blokowała mechanizm… Wywala ją, da się jechać bez tego. Jeszcze wymiana przednich klocków, przy okazji regulacja sterów. Ponad godzinę tu zeszło, ale jest git! Rozliczam się jeszcze i pytam, czy mają taksówki w Limanowej – zamiast znów nabijać kilometry, to wrócę do Męciny autem, będzie szybciej. Są, przy szpitalu chyba, a dalej przy rynku, tam to najpewniej coś złapię. Dobra, jadę. Przy okazji, jest południe, myślę, coś zjem. Może już niekoniecznie na chybcika, czasu dobrego już nie zrobię, wbijam do pizzerii. Jeszcze, pomny ubiegłorocznych doświadczeń, upewniam się, że nie będę długo czekał i zamawiam, do picia bezalkoholwe piwo, a co! Korzystam jeszcze z toalety, 3 niezjedzone 'slajsy’ biorę do kieszonki, zapakowane w folię aluminiową i idę do taksówkarzy – stoi dwóch, przy jednym chyba jakiś klient, druga – to skoda superb kombi, super, na pewno rower się zmieści przy złożonych siedzeniach. Kierowca nie robi problemu, umawiamy się na 50zł i jedziemy! Taksówkarz się pyta, o co biega, tłumaczę, jak potrafię najlepiej, ale wiadomo, jak się traktuje takich wariatów, co to z jednego krańca Polski na drugi cięgiem rowerem jadą… 😉 Po drodze imponujące prace ziemne – to długo oczekiwana rewitalizacja linii kolejowej Chabówka – Nowy Sącz, taksówkarz mnie informuje, że tu gdzieś tunel niewąski nawet zbudują.

Wysokie – widok na Beskid Wyspowy

13:30 startuję z Męciny, tam, skąd zjechałem z trasy. Całość kosztowała mnie zatem jakieś 4h, szkoda! Ale grunt, że jadę! Zaraz też wbijam na kolejne ostre górki Beskidu Wyspowego. Próbuję jechać, ale część podchodzę – i tak już czasu wybitnego nie zrobię. Dogania mnie jakiś uczestnik, chyba Tomek Dobraczyński – będę się z nim jeszcze kilkukrotnie „tasował”. Na jednej z górek duży ruch samochodów ciężarowych, chyba znów w pobliżu jest jakaś żwirownia albo kamieniołom, lub większa budowa po prostu. Wreszcie jest, on – legendarny Skiełek. Na początku próbuję ambitnie na pedałach, ale gdzie tam… Nawet prowadzić jest ciężko. Kurczę, chyba ze 20 minut zajmuje mi podejście. O 15:20 jestem na wzniesieniu – tu odchodzi gruntowa droga na samą wieżę widokową. Ja jadę dalej. Znów zjazd – uff, na szczęście z feralną klamkomanetką problemów nie ma.

Dojazd do Łukowicy
Początek podjazdu na Skiełek – żeby tylko na tym 12% się skończyło…

Potem kolejny podjazd-killer – Młyńczyska, które pamiętam z pierwszej edycji Beskidzkiego Zbója (wtedy podjeżdżałem po ciemku). Znów kawałek z buta… Tu poszło szybciej, jakieś 15 minut. O 16:00 jestem na górze, przecinając grzbiet opadający od strony Modyni, jednek z beskidzo-wyspowych tysięczników (i chyba jedyny z nich, na którym nigdy nie byłem, tak przy okazji). Tu znów spotykam Tomka Dobraczyńskiego, który ma chyba problemy z nawigacją, jedziemy w dół. Jeszcze jeden podjazd, i potem w zasadzie w dół, do doliny Kamienicy. To już koniec Beskidu Wyspowego – teraz Gorce.

W zasadzie jeszcze jeden mocniejszy podjazd – na Wierch Młynne (wbrew nazwie, to przełęcz). Tu tylko kawałek w końcówce daję z buta. Zaczyna trochę kropić, ogólnie robi się chłodno, zakładam ochraniacze i kurtkę. Zjadam też zachomikowany kawałek pizzy. Konstatuję, że chyba skończyły mi się żele, co jest dziwne – powinienem jeszcze mieć parę, nie wiem, czy zgubiłem, czy przejadłem. No nic, pewnie w Ochotnicy się zatrzymam, albo na stacji Circle dalej, już na Podhalu, w Harklowej. Szybki zjazd do Ochotnicy i jadę w górę doliny. Na razie nie jest mocno pod górkę. Gdzieś tam widzę zaparkowanych kilka rowerów, ja na razie się nie zatrzymuję. Tyle tylko, że minąłem chyba wszystkie sklepy jakie były, w Ochotnicy Górnej nie widzę nic sensownego. Trudno, teraz to już trzeba jechać. Ostatni odcinek dłuży się niemiłosiernie, wreszcie jest przełęcz Knurowska. Staję na moment, znów wciągam kawałek pizzy i w dół. Tu trzeba uważać, bo sporo zakrętów na zjeździe przez Knurów. Jest 18:45, no niestety – Łapszanki z jej spektakularną panoramą Tatr za jasnego nie zrobię – tego mi żal szczególnie. Z wodą już krucho – trzeba będzie zrobić uzupełnienie na Circle-K. Tu uwijam się szybko, nieco ponad 5 minut, prócz wody jeszcze jakieś batoniki, do celu już niedaleko, niecałe 40 km (chociaż jeszcze tych podjazdów jest trochę, z czego ostatni – z Brzegów na Głodówkę – całkiem solidny).

Gorce spod Łopusznej
Pieniny Spiskie
Tatry – coś tam widać…

Koło Łopusznej zjeżdżam z DW 969 w stronę Spisza, na południowy wschód. Bardzo ładnie wyglądają hopki Pienin Spiskich, momentami widać także Tatry, słabo, bo słabo – ale jednak. Mijam Nową Białą – pierwszą spiską wieś, chociaż leżącą na „podhalańskiej”, orograficznie lewej stronie Białki. Wynika to z faktu, że Białka w wyniku powodzi w XVII wieku zmieniła koryto. Kolejna wieś spiska – już na prawym przegu Białki – Krempachy, z charakterystycznym kościołem z wieżą (warto wejść, jeśli ktoś ma okazję i czas). Powoli zapada zmrok, bo też i pogoda taka sobie, po południowym przejaśnieniu nie ma już śladu. Momentami pokropuje, ale, na szczęście, te fatalne wczorajsze prognozy się nie ziściły. Teraz ostrzejszy podjazd do Dursztyna – to już Pieniny Spiskie. Jest już prawie ciemno – szkoda, bo trasa prowadzi bardzo malowniczą drogą rowerową do Łapsz Niżnych. Piękna sprawa, asfaltowa droga poprowadzona nie wzdłuż zwykłej „samochodowej” drogi, tylko zupełnie niezależnie, przez łąki i lasy – sztos!

Zostały mi w zasadzie dwa podjazdy – ale oba dość długie – szczególnie ten pierwszy – czyli Łapszanka. Nie jest on specjalnie ostry 4-5 procent, dopiero ostatni fragment ma pewnie z 7-8, nie pamiętam, ale całość ma chyba ponad 6 km, więc trochę się to dłuży tym bardziej, że z widoków nici. Temperatura spada do 12 stopni. Na górze jestem chwilę po 20:50, teraz kawałek równego i szybki, ale ostrożny zjazd do Jurgowa. Przekraczam ponownie Białkę – i teraz krótszy, ale stromszy podjazd przez Brzegi – ostatni już… Tu momentami jest 12%, ale dzielnie robię to na kołach. Dopiero na górze, za zakrętem, coś mnie nagle zabolało w plecach – czy to aby nie znowu rwa kulszowa mnie złapała? Ale to chyba po prostu się spiąłem tak, już trochę nerwowo – kawałek spaceruję, żeby się odprężyć i za chwilę znów wsiadam na rower. O 21:47 jestem na górze, wjeżdżam na drogę z Bukowiny pod górę, na Głodówkę. Jeszcze kawałek i o 22:03 wjeżdżam na metę! Udało się, hurra! Uroczyste powitanie przez organizatorów, medal, buteleczka szampana i, co najważniejsze – jubileuszowa koszulka finiszera, mam ją! Na liczniku nieco ponad 1021 km – dojazd do serwisu w Limanowej dołożył kilkanaście kilometrów. Suma podjazdów jest od czapy – na szczęście na stravie jest opcja przeliczenia z mapy, co potem zrobię (wyszło wg tego 10115 m).

Zwycięstwo!

Na mecie „lepsi” znajomi – jest Marcin, Adam Pryjomski, Maciek Kordas, Tadek Baranowski i wielu innych. Wypatruję brata, ale nie ma go (potem przyznał, że zmogło go i poszedł spać). Nie będzie Maćka Orszulskiego, który się jednak wycofał z powodu choroby. DNF’a, jak się dowiaduję, zaliczył także jadący długo na czele Mariusz Cukierski, z powodu awarii szytki, jak się zdaje. Obowiązkowy posiłek finiszera, wzmocniony zupką i bezalkoholowym piwem. Jeszcze wychodzę na moment na zewnątrz przywitać i pogratulować kolejnemu uczestnikowi – a w zasadzie uczestnikom, bo wjeżdża ich dwoje – Magdalena Wosińska i Jacek Kolbe. Nie siedzę jednak długo, idę spać, bo jutro trzeba wracać, spróbuję choć trochę odespać. Dostaję ten sam pokój, dwójkę, co w zeszłym roku – jestem sam. Szybko kąpię się i kładę spać.

Powrót

Poranny widok na Tatry Bielskie i Wysokie – grupę Lodowego Szczytu…
…i Tatry Zachodnie
I jeszcze ja, o 7:00 trochę zaspany, ale zadowolony

Gdzieś tam nad ranem budzi mnie przybyły współlokator – to weteran MPP, uczestnik wszystkich edycji, Stasiu Piórkowski. Stasiu chyba po piwku jest nadzwyczaj rozmowny, w przeciwieństwie do mnie. W zasadzie już nie zasypiam, podsypiam tylko słabo, przed 7:00 wstaję, pakuję się i idę na śniadanie. Tu już jest trochę wiary i pojawiają sie też świeżo przybyli uczestnicy, m.in. Bartek Dobies, którego poznałem w zeszłym roku w Warlubiu. Śniadanko w doborowym towarzystwie – jest mój brat Jędrek, jest Andrij Gonczaruk, jest Tomek Wyciszczak, Michał Wolf, pojawia się Marcin. My z Jędrkiem planujemy jechać górą, jeszcze zrobić jakieś zakupy przed pociągiem, który mamy o 9:25. Ja wracam do Warszawy, bo tam spotykam się z żoną i dopiero następnego dnia wrócę do domu, po południu, w ciągu dnia jeszcze pójdę do roboty, wizytując nowe biuro.

Wyruszamy o 8:20, jest dość chłodno, ale słonecznie. Zaczynamy od zjazdu, więc rozgrzać się niespecjalnie jest jak, na dodatek ten zjazd w lesie, odczuwam te 12 stopni. Dopiero potem podjazd – akurat jest remont na tym odcinku. Potem przejazd przez Toporową Cyrhlę, Jaszczurówkę, zjazd – sprawnie i bez kłopotów docieramy do Zakopca, szybkie zakupy w Biedronce nieopodal dworca i za chwilę ładujemy się do stojącego już na dworcu pociągu. Jest tu sporo naszych, m.in. Paweł Sobolewski, Andrij Gonczaruk, Sebastian Maślanka i inni, których nie kojarzę (lub nie pamiętam 😉 ). Mimo zmęczenia, podróż mija miło wśród pogaduszek, choć próbuję też kimnąć.

Rowery grzecznie odpoczywają…
…my zresztą też!

Do Krakowa docieramy z drobnym opóźnieniem, my mamy 18 minut na przesiadkę, więc jeszcze się łapiemy, ale np. Paweł i Sebastian zgłaszają się do konduktora, żeby złapać się na następne połączenie. Do Warszawy jedziemy pendolino już we trójkę – Jędrek, Andrij i ja. Niestety, chyba tutaj zaliczam stratę, bo potem w domu nie mogę znaleźć swojego dużego litrowego bidonu.

Korespondując z Marcinem dowiaduję się, że ich (on wraca z Adamem Pryjomskim, który przesiada się w Warszawie do Bydgoszczy) pociąg jest opóźniony o godzinę i nie wiadomo, czy Adam się załapie na swoje połączenie – i czy w ogóle uda mu się dziś wrócić do domu. No grubo… (ostatecznie się udało, na szczęście).

Podsumowanie

Zająłem 58 miejsce na 116 finisherów. Niby pierwszy raz w pierwszej połowie, ale niedosyt pozostaje, zwłaszcza, że czas powyżej 60 godzin. Gdyby nie ta awaria, to pewnie kilka-kilkanaście miejsc bym się przesunął (no, nie można za bardzo odjąć tych 4 straconych godzin, bo jednak nie da się ukryć, że trochę tam w tej Limanowej odpocząłem). Jestem zadowolony z faktu, że nie podddałem się podczas tego pierwszego popołudnia i wieczoru, kiedy zlało mnie (i nie tylko mnie) dokumentnie. Ukończenie tej edycji to jednak samo w sobie jest pewnym sukcesem – okazało się, że na 196 startujących do mety o czasie dojechało 117 uczestników, co daje lekko ponad 40% DNF’ów – rekordowy wynik, o ile wiem. Drugi pozytyw, to jazda solo. Ma swoje wady, ale jednak możliwość jazdy w swoim rytmie na takim dystansie w moim przypadku chyba zaprocentowała, przynajmniej sądząc po pozycji do momentu awarii. Dobrze też było widać, kiedy spotykałem się z tą grupą w koszulkach Audaxu („brevety.pl”) – niby mnie wyprzedzali, ale potem jakoś zawsze znajdowałem się przed nimi nawet pomimo tego, że te moje postoje były wcale nie takie krótkie. Do poprawy oczywiście dyscyplina postojów i jazda w górach, ale jak to trenować? Na pewno się zapiszę na przyszłoroczną edycję, to jest jednak jedna z moich ulubionych imprez. Orgowie coś przebąkiwali, że będzie ona bardziej „lajtowa”, jeśli chodzi o górską część, to może nawet całość uda mi się zrobić w korbach? 🙂