2024: Maraton Północ-Południe

Wstęp

Po raz trzeci biorę udział w Maratonie Północ-Południe, organizowanym przez stowarzyszenie Koło-Ultra. Trasa, biegnąca z Helu do tatrzańskiej Głodówki, jest co roku nieco inna. W tym roku tradycyjnie zalicza honorny kaszubski podjazd w Czymanowie, a dalej przez Kaszuby i Kociewie dociera w „moje” okolice – rodzinny Grudziądz, Toruń, w którym spędziłem całe dzieciństwo, a potem przez Kujawy, Kłodawę, Łask, okrąża elektrownię Bełchatów, by przez Radomsko wjechać w Jurę. Tam biegnie prez m.in. Olsztyn, Włodowice, Ogrodzieniec, następnie przez Klucze do Olkusza. Ostatni fragment to już praktycznie góry – w tym roku same rodzynki: wjazd do Lanckorony, Makowska, Rdzawka, a na koniec niespodzianka: po morderczym Gliczarowie (mającym miejscami ponad 20%) zamiast jechać z bukowińskiego rondka prosto na metę, zjeżdżamy w dół w stronę Poronina, by w Kośnych Hamrach znów podjechać przez Murzasichle do Brzezin i stamtąd drogą Oswalda Balzera dotrzeć na Głodówkę. Sumarycznie 1001 km oraz 8800m podjazdów – chociaż wiadomo, że ostateczne dane będą inne, bo trzeba będzie gdzieś zjechać na odpoczynek i aprowizację, a i mój garmin zazwyczaj pokazuje nieco mniej przewyższeń, niż „nominalne” wg RWGPS. Przebieg trasy w lwiej części zaproponował mój brat Jędrek. Z nim też umawiam się na nocleg z piątku na sobotę na Helu, w dawnym hotelu Cassubia – obecnie to Halo Hotel.

Pozostaje jeszcze najtrudniejsza rzecz – zdobyć bilety na pociąg. Niby banalne, ale z rowerem już nie, ze względu na specyficzne podejście Regio do przewozu rowerów na trasie Gdynia Główna – Hel. Postanowiłem na „bezpieczne” połączenie – bezpośredni pociąg z Torunia do Gdyni o 10:39, a potem ponad godzina na przesiadkę i o 14:29 z Gdyni do Helu, gdzie powinienem być o 16:01. Na 30 dni przed odjazdem w nocy próbuję kupić bilet… nic z tego, brak miejsc! Próbuję różne warianty, nie tylko mój wybrany: bez efektu. Rano konsultuję z bratem – jemu również się nie udało. W końcu kupuję bilet do Gdyni, żeby i to nie przepadło. Potem się zobaczy… W międzyczasie na forum wymieniamy się informacjami, ktoś przekazuje, że Regio na razie zablokowało sprzedaż rezerwacji rowerowych. Trudno, będzie trzeba spróbować później. To później objawia się za 2 lub 3 dni – akurat, gdy prowadzę prezentację w pracy, mój brat pisze mi, że można już kupować! Na szczęście w ramach krótkiej przerwy udaje mi się kupić bilet na wymarzone połączenie, uff!

Z powrotem przynajmniej nie powinno być problemów – żona postanawia przyjechać po mnie autem, przy okazji spędzając weekend turystycznie w Tatrach.

Układam rozpiskę trasy, bo wyścig ten jest w trybie tzw. samowystarczalnym, czyli bez żadnych punktów żywieniowych, czy przepaków – wolno korzystać tylko z ogólnodostępnej infrastruktury. Po analizie wygląda ona tak:

Km trasyDeltaPodjazdPlanOpis
160160143215:45-15:05Egiertowo Orlen
28412486020:15-20:40Warlubie Orlen E200
39511151300:20-00:45Odolion McDonalds do 2:00
4848935404:45-05:15Kłodawa Orlen E100
60011756310:10-10:40Zelów Żabka lub Orlen E1500
70810865915:30-16:15Olsztyn Żabka, dalej Trattoria
8009298422:00-22:40Olkusz Orlen (lub E500 McDonalds, BP)
89696144005:00-05:20Maków Żabka (od 6:00) lub dalej Orlen S800
94347104309:15-09:25Klikuszowa CircleK (o ile konieczne)
100154123914:00Głodówka – Meta

Oczywiście, czasy wyznaczam sobie ambitne, w razie konieczności np. drzemki będzie obsuw. Ale czegoś trzeba się trzymać. Ślad dzielę na 4 zachodzące na siebie części, umieszczając też tam moje punkty.

Im bliżej wyścigu, tym bardziej klaruje się prognoza – będzie ciepło (ba, gorąco – 30 stopni) i wiatr wschodni lub południowo-wschodni. Czyli raczej niekorzystny. Dodatkowo, w poniedziałek możliwe deszcze w górach. Za to noce ciepłe. Postanawiam wziąć zatem poza „krótkim” strojem, w którym będę jechał, nogawki i rękawki, bluzę (w razie konieczności spania głównie w nocy), kurtkę przeciwdeszczową. Rezygnuję z cieplejszych rękawic – w razie czego będę się ratował dostępnymi zazwyczaj na stacjach rękawiczkami roboczymi. Do tego zapas żeli, batony (te i tak będę uzupełniał na bieżąco), pastylki z elektrolitami, powerbank, ładowarka i zestaw kabli, podstawowe narzędzia (imbusy, trytytki, skuwacz, klucz do szprych), awaryjnie także jedną linkę do przerzutki i jedną do hamulca, dwie dętki i dwie opony w zapasie, do tego apteczka i szelki odblaskowe. Całkiem sporo, ale nie walczę o pierwsze pozycje, a chcę dojechać, o ile nie złapie mnie jakaś kontuzja czy inne problemy zdrowotne wykluczające dalszą jazdę. A zapasowe opony, po problemach na tegorocznym Maratonie Podróżnika, to już musowo muszą być. 🙂 Zresztą, problemy pojawiły się na 3 tygodnie przed imprezą, dopadła mnie jakaś infekcja, po której wyraźnie słabiej mi idzie na rowerze… Co zrobić, będzie, co będzie.

Dojazd na start

Przygotowuję praktycznie cały bagaż w czwartek wieczorem. Piątek mam już wolny od pracy, poniedziałek i wtorek zresztą też. W piątek rano jemy z żoną śniadanie, próbuję się wyluzować, jeszcze sprawdzam dokładnie, o której mam pociąg, żeby nie wtopić (mam ok. 30 km do dworca, ale wolę mieć solidny zapas) – i o to w tej chwili moje plany dojazdowe biorą w łeb, a ja zaczynam się solidnie denerwować. 🙁 Mój pociąg do Gdyni, to bezpieczne, wydawałoby się, połączenie – ma opóźnienie, bagatela, 85 minut! Co oznacza, że najprawdopodobniej nie zdążę na pociąg na Hel, a wbicie do kolejnego bez rezerwacji na tenże, nawet w przypadku opóźnienia pociągu, może być niewykonalne – konduktorzy w pociągu tej relacji są w tym aspekcie kompletnie „betonowi”. Sprawdzam alternatywne połączenia – na ten sam pociąg z Gdyni mogę zdążyć późniejszym pociągiem – IC Staszic do Bydgoszczy, a potem kolejnym IC do Gdyni. Sprawdzam możliwość kupna biletu z rowerem – nie ma… No nic, i tak postanawiam, że jadę, będę próbował wbijać do czego się da.

Żegnam się zatem z żoną i ruszam na pociąg. Zdenerwowanie powoduje, że tętno, jak na utrzymywane tempo, mam nieprzyzwoicie wysokie, ale póki co, nie mogę tego opanować. No trudno. Sprawnie i bez przygód dojeżdżam na dworzec w nieco więcej, niż godzinę. Pociąg faktycznie jest opóźniony, „tylko” o około 75 minut. Na razie idę do kasy. Pani pomocna, sprawzda: jest możliwość wbicia do IC Staszic do Bydgoszczy, super. Wydaje mi nieodpłatną miejscówkę „rowerową”. Niestety, na ten następny do Gdyni – nie ma miejsc. Trudno! Spróbuję wybłagać kierownika pociągu, jeśli trafię na ludzkiego, może się uda.

Z przyzwyczajenia idę na peron drugi, z którego odjeżdżają pociągi na południe (zazwyczaj w tamtym kierunku jeżdżę), ale przecież do Bydgoszczy pociągi jadą najczęściej z pierwszego, w tym i mój Staszic! Szybko się reflektuję, bo to już najwyższa pora, chociaż ten pociąg też ma drobne opóźnienie. Na peronie widzę gościa z zapakowanym rowerem jako „nadbagaż”. Z początku go nie poznaję, a to przecież weteran MPP – Stanisław Piórkowski z Sierpca, uczestnik i finiszer wszystkich (!) ośmiu edycji. Ta będzie jego dziewiątą. Chwilę rozmawiamy, on też ma jechać opóźnionym IC Hutnik. Decyduje, że pozostanie przy tej koncepcji, ja wbijam do Staszica.

W pociągu do Bydgoszczy

Podróż do Bydgoszczy trwa szybko, w międzyczasie kontaktuje się z Jędrkiem – jego IC z Warszawy też jest opóźniony i może nie zdążyć na swoje połączenie. To już jest zaraźliwe. 😉 W Bydgoszczy wysiadam i widzę na sąsiednim torze stojący pociąg Regio do… Słupska! Zaraz, przecież on jedzie przez Gdynię! Ale powinien odjechać 15 minut temu, tymczasem wciąż stoi! Krótka rozmowa z obsługą i wsiadam – ma 19 minut opóźnienia, ale powinienem zdążyć na swój upragniony pociąg 14:29 do Helu. Pociąg wygodny, klimatyzowany (upał już jest, 30 stopni) – zatrzymuje się na większości stacji, przez co nieco wolniej jedzie, ale to dla mnie nieistotne. Do Tczewa pociąg nawet nadrabia 10 minut, potem je trochę traci, ale jestem w Gdyni prawie 15 minut przed odjazdem Regio na Hel.

Regio do Gdyni

Idę na peron, a tam już grupka ultrasów – jest Tomek Wyciszczak i paru innych. Pociąg na Hel jest wahadłowy – nie wrócił jeszcze, jest drobne opóźnienie. Pojawia się Staszek Piórkowski ze swoim zapakowanym rowerem – okazało się, że „Hutnik” zmniejszył jeszcze opóźnienie, a dzięki opóźnieniu kolejnego pociągu czas na przesiadkę był wystarczający. Jest nas dobrych klika osób, część nie ma biletu na to połączenie. Zobaczymy, co będzie. Okazuje się, że Maciek Orszulski, który miał z nami jechać, popłynął wodolotem na Hel i zwrócił bilet, ktoś się już na to miejsce zasadza.

Za chwilę pociąg podjeżdża, tłum ludzi chce wsiąść, ale jeszcze kolejarze odłączają „główny” skład, który musi być przełożony na drugą stronę wagonu „rowerowego” – ten zaś zostaje na peronie. Dostępu do niego broni niczym Rejtan młody konduktor. Pyta o bilety, mówi, że zabierze tylko 6 rowerów, więcej nie można. Haków jest chyba ze 12, więc pytamy czemu? Ano, bo podobno ludzie się skarżyli, że rowery się rysują, czy jakiś podobny nonsens. Za chwilę wchodzimy. Część kolegów demontuje koła i tak wsiada, z rowerem jako bagaż ponadwymiarowy – tak już można i tak nie ma problemu? Dziwne, ale okay. Na miłych rozmowach szybko mija nam te półtorej godziny jazdy na Hel i oto o 16:20 jesteśmy na miejscu. Ja udaję się do hotelu, gdzie czeka już mój brat. Rower zostawiam na klatce schodowej, obsługa zabrania brać go do pokoju. Planowaliśmy razem wyjść coś zjeść, ale Jędrek jeszcze nadgania coś z roboty i będzie wolny po 17. Ponadto okazuje się, że Asia Rumińska-Pietrzyk i Maciek Kordas, z którymi się również umówił, będą wolni ok. 18.

Spacer na „Koniec Polski”
Zatoka Pucka

Dobra, to ja idę sobie jeszcze na spacer, po drodze kupując jakieś ciastko w piekarni, bo już jestem solidnie głodny – i spotkamy się „na mieście”. Udaję się na cypel – umowny „koniec Polski”. Na plaży sporo ludzi, część zażywa kąpieli. Wracam od strony zatoki, gdzie przy pomniku „końca Polski” spotykam silną grupę pod wezwaniem – jest Maciek Orszulski, Michał Wolff „Wilk” i spotkany uprzednio w pociągu Tomek – fotografują się na tle kamienia. Razem wracamy do miasta, udając się jeszcze pod latarnię, gdzie organizatorzy wyścigu już otworzyli biuro, więc można odbierać pakiety.

Obelisk „Koniec Polski”

Tu spotykamy całą czeredę ultrasów – jest Marek Miłoszewski, Marcin Wiktorowicz, Adam Pryjomski, Andrzej Tercjak wraz z żoną (ona w roli kibica) – a także wielu innych. W pakiecie, prócz numeru startowego i trackera, który dostajemy już teraz, tylko wyłączony (trzeba go będzie włączyć jutro) są też upominki – bon do sklepu centrumrowerowe.pl, krem do tyłka, a także „firmowe” skarpetki MPP. Na plakietce startowej tym razem mała niespodzianka – obok standardowych informacji, jest też liczba ukończonych edycji. W moim przypadku to skromne dwa.

Plakietka na rower. Czy na koniec będzie MPP x 3? 🙂

Dzwoni Jędrek, że już idą do pizzerii. Żegnam się zatem i idę do knajpy – tam, prócz „mojej” ekipy jest także Tadek Baranowski z warszawskiego teamu „Grupetto”. Po chwili dołączają inni członkowie tegoż – Sylwek, Marek, a także Michał Czubkowski, który, jak się okazuje, członkiem teamu już nie jest. Zamawiamy pizzę i piwo – część bezalkoholowe (jak ja), część wprost przeciwnie. Na rozmowach i dowcipkowaniu miło mija czas, a tu już zaczyna zapadać zmrok. Jędrek z Asią i Maćkiem ruszają pod latarnię, by odebrać swoje pakiety, ja z kolei idę do hotelu z Michałem, który gdzieś po drodze odbija na kwaterę. Na miejscu przymocowuję numer startowy do roweru (zawsze mam z tym trochę kłopotu), a potem idę jeszcze do sklepu, gdzie spotykam się z Jędrkiem i Maćkiem. Szybkie zakupy na rano i na jutrzejszą drogę, wracamy do hotelu i spać. 🙂

Na start

Udało mi się nawet niezgorzej wyspać, chociaż trochę się w nocy budziłem. W dobrym humorze wstaję, brat też – i przygotowujemy sobie śniadanie. Podgrzewam lasagne (myślałem, że to makaron, jak kupowałem wczoraj w sklepie, ale może być), mam 4 bułki jeszcze (bo taki był zestaw). Jedną zjadam teraz, z pozostałych robię kanapki, które gdzieś tam upycham. Potem ostatnie pakowanie, smarowanie kremem przeciwsłonecznym, wizyta w toalecie i opuszczamy nasze lokum. Na dole pojawia się Maciek, Asia wcześniej ruszyła. Na starcie kupa ludzi, na razie mamy jeszcze 15 minut. Oddaję obsłudze bagaż do przewiezienia na metę, potem pogaduchy, wreszcie dochodzi 9:00 – a tu nic! Nie ma tradycyjnego odliczania. Okazuje się, że nie ma jeszcze policji, w asyście której jedziemy do Władka. Ta pojawia się ostatecznie z 15 minutowym opóźnieniem.

Na starcie – z Marcinem…
…i z Jędrkiem

Start!

Do Władysławowa jedziemy, jak zawsze, w kolumnie, ubezpieczani przez policję. Przejazd 150 kolarzy wzbudza zainteresowanie, wiele osób nam macha, część robi zdjęcia lub filmuje. W przeciwieństwie do poprzedniego roku, kiedy to w połowie dystansu kolumna nagle przyspieszyła do 40 km/h, teraz jedziemy w miarę równo 30km/h, czasami tylko są jakieś drobne czkawki. Jadę głównie z Marcinem Wiktorowiczem, jest też niedaleko nas Waldek Chodań. Przez pewien czas jest także Asia, z którą chwilę rozmawiam. Za Władysławowem, po 36 kilometrach kończy się start honorowy i zaczyna właściwe ściganie (dla tych, co się ścigają). Zaraz za miastem, koło jakichś krzaków zatrzymujemy się na szybkie siku (Waldek pognał dalej). Marcin narzuca ostre tempo, na razie jadę, ale to chyba nie jest zgodne z moim rytmem. 🙂 Chociaż niby jedzie się dobrze. Póki jedziemy na zachód, czy raczej południowy zachód, nie jest źle. Gdzieś tam mijamy stojącego (w wiadomym celu) Waldka. W okolicach Krokowej z przeciwka idzie pielgrzymka.

Przed jeziorem Żarnowieckim – na fotografii Marcin Podrażka

Przed Żarnowcem doganiamy Marcina Podrażkę z jeszcze jakimś uczestnikiem. Chwilę z nim rozmawiam, w tym czasie drugi (albo raczej pierwszy) Marcin się urywa. Potem ja również odjeżdżam i podjazd pod „Kaszubskie Oko” robię już sam – i dobrze, bo jadę swoim równym tempem. To pierwszy solidny podjazd (zauważony też przez Garmina) – nieco ponad 100 metrów, przy sporym (jak na niziny) dochodzącym do 10% nachyleniu. U góry ciepło… i zmiana kierunku na południowy – bardziej pod wiatr, więc i idzie wolniej. Jest 11:45, a za mną blisko 80 km. Tempo na razie imponujące, ale wiadomo, że teraz pójdzie wolniej, bo będzie sporo górek, jak to na Kaszubach.

Żarnowiecka elektrownia szczytowo-pompowa

Pilnuję picia i jedzenia. Wydaje się, że z piciem do Egiertowa powinienem dać radę. Trochę się „rozrzedziło” i teraz rzadziej widuję kogoś z uczestników. Wypatruję też Bartka Pawlika z aparatem lub dronem, bo wiadomo, że chciałbym się załapać na jakieś „oficjalne” zdjęcie, ale na razie nie go nie widzę. Jadę teraz nieco spokojniej, staram się pilnować tętna, żeby nie przesadzić na tym pierwszym etapie. Na podjazdach wyraźnie zwalniam, przez co średnie tempo teraz, z początku wyśrubowane, zmniejsza się systematycznie. Połykam kolejne kaszubskie miejscowości (większość z podwójnymi nazwami na drogowskazach), lasów póki co jest mało, południowe słońce ostro przygrzewa. W Luzinie przejazd kolejowy – za nim w ostatniej chwili orientuję się, że trasa skręca w lewo, na wschód, więc skręcam i ja.

Kaszuby

Za jakiś czas przejazd na S6, temperatura cały czas już oscyluje pomiędzy 29 a 30 stopni. Za Hutą Łebieńską bardzo ładny odcinek, wąska, lokalna droga wije się wśród kaszubskich wzgórz, tylko trochę lasu w ten upał brakuje. Łapalice, kawałek drogi wojewódzkiej na zachód i na światłach znów na południe. Trochę mało mam wody, ale chyba dotrwam… Teraz jadę przez centrum Kaszub, mijam kolejne jeziora – Kłodno, Brodno Małe, Wielkie i największe z nich – Ostrzyckie, położone u podnóża największego wzniesnia polskiego niżu – Wieżycy, która gdzieś tam pokazuje się zza przydrożnych drzew z charakterystyczną wieżą.

Kaszuby – okolice Huty Łebieńskiej
Kaszuby – jez. Brodno Małe

Mija mnie uczestnik na rowerze poziomym, za chwilę na podjeździe ja go doganiam. Na równym rower poziomy niewątpliwie daje pewną przewagę, ale w górach, na podjazdach – ciekawe, jak kolega sobie poradzi. Zjazd do Somonina – tu jest DDRka, całkiem okay. Koło stacji wyprzedza mnie jakaś grupka, w niej Marcin – okazuje się, że stanął na aprowizację w sklepie, ale teraz już nie planuje zatrzymywać się w Egiertowie. Potem dłuższy podjazd, drugi zakwalifikowany jako „climb” przez Garmina – na jednym z zakrętów, przez drzewa widzę błyskające niebieskie światła. O kurczę, chyba to nie ktoś z naszych?! W zeszłej edycji w tym samym niemal miejscu – trochę dalej, na samej górce dachował samochód. Tym razem jest to jednak przewrócony motocykl… Jest straż pożarna i karetka, samochody i rowery czekają. Podjeżdżam bliżej i pytam się, czy możemy przeprowadzić rowery poboczem (którego tu w zasadzie nie ma) – policjant mówi, że tak, ale ostrożnie, by niczego ze śladów nie dotkąć. Więc ostrożnie przeciskamy się, potem jeszcze kawałek i jest upragragniona stacja.

Jest 15:25, a więc, nawet odliczając opóźnienie startu, jestem trochę opóźniony. Ale to było do przewidzenia biorąc pod uwagę warunki (niezbyt korzystny wiatr). Widzę tu Piotra Malczyńskiego „Żubra” i paru jeszcze innych uczestników. Kupuję wodę, a także sok pomidorowy na teraz i zupkę pomidorową do podgrzania, bo czuję, że nic innego mi nie wejdzie, a także parę batonów „na zaś”. Cieszy mnie, że na razie nie mam problemów z żołądkiem, super! Pojawia się także Marek Miłoszewski „Memorek”, też uzupełnia zapasy. Ale, jak to Memorek, znika, zanim ja opuszczę toaletę. Ja jeszczę kończę jedzenie, ale czuję, że trochę przesadziłem z tym oszczędzaniem picia, bo wciąż czuję pragnienie. Zakupuję więc jeszcze jakiś sok jabłkowy i szybko wypijam. Ruszam 15:50, więc jak zwykle trochę przeciągnąwszy postój. Widzę, że do tej 2:00 w nocy mogę mieć kłopot, by dojechać do podciechocińskiego Odolionu. Ale to nie jest duży problem, bo wcześniej, w Toruniu, na wylocie jest duży Orlen, to raptem ok. 20 km różnicy. A następny przeskok, do Kłodawy, też jest nieco krótszy, więc biorąc pod uwagę nocną jazdę, kiedy nie będzie upału, chyba dojadę.

Egiertowo jest najwyżej położonym punktem w nizinnej, pierwszej części trasy – ok. 250 metrów nad poziomem morza. Teraz więc niby w dół, ale nic z tych rzeczy, wciąż są górki, chociaż faktycznie zjazdów trochę więcej. Wciąż chce mi się pić, więc dawkuję sobię małe łyki częściej, niż planowałem. Najwyżej przed Warlubiem zrobię jeszcze gdzieś uzupełnienie wody. Za dwie godziny powinno się trochę schłodzić, to będzie lepiej. Jadę teraz sam, tempo takie sobie, zwłaszcza, że wiatr po południu wydaje się być nieco silniejszy – wciąż przeszkadza. Przed Przywidzem trochę dającego cień lasu i słaby asfalt – ale to dopiero forpoczta tego, co potem nas czeka, jak się okazało. Kawałek drogą wojewódzką 231 w kierunku południowo-zachodnim daje wyraźnie inne tempo, ale to tylko chwilę, bo potem znów skręcam w lewo, na południowy wschód. Mijam Skarszewy – tym razem omijamy centrum z charakterystycznym rynkiem, położonym na zboczu niczym w jakieś podgórskiej miejscowości – i podążam dalej na południe. Przez Wirty z arboretum dojeżdżam do Borzechowa – to już Kociewie. Za chwilę las, który teraz będzie w zasadzie przez większość czasu towarzyszył mi aż do samego Warlubia.

Gdzieś w lesie doganiam jakiegoś uczestnika – chwilę jedziemy razem, potem znowu samotnie. Na moment staję na siku. W którejś z kolejnych mniejszych miejscowości ktoś rusza spod nieczynnego już o tej porzez sklepu (jest gdzieś 18:30). Doganiam go – nie pamiętam kto to był, ale na pewno ktoś ze wschodu, z Ukrainy lub Białorusi – pyta, czy nie wiem, czy nie będzie jakiegoś sklepu, bo woda mu się skończyła. Hm… zastanawiam się, może coś będzie w Lipinkach, ale raczej wątpliwe, czy czynne o tej porze. Zaraz jednak przychodzi olśnienie – przecież Skórcz jest po drodze – tam jest Orlen na pewno, a i otwartych sklepów też nie powinno zabraknąć. Wkrótce też dojeżdżamy do miasta, kolega odbija na Orlen (widać tam też rowery innych uczestników), ja jadę dalej. Teraz to już dobrze znane mi okolice. Teren trochę bardziej już płaski, niż na Kaszubach, chociaż wciąż pofałdowany. Równo to się zrobi dopiero za Toruniem, nie licząc krótkiego odcinka wzdłuż Wisły za Warlubiem.

Kociewskie pola w okolicach Leśnej Jani

Ze Skórcza przez Kościelną, Starą a następnie Leśną Janię droga wiedzie przez pola – ale teraz, przy zachodzie, nie wieje już tak, jak w ciągu dnia. W Leśnej Jani zwrot w prawo, na zachód – tu świeżo wyremontowaną drogą przez las przyjemnie się teraz jedzie. Dopiero od Jaszczerka, po przekroczeniu DW 214 nawierzchnia zdecydowanie się pogarsza – leśna droga przez Przewodnik od dawna prosi się o remont. Tyłek trochę dostaje, bo po ciemku ciężko omijać wyboje. I tak do Lipinek, gdzie jest już nowy asfalt. We wsi dwóch chłopców głośno pozdrawia i pyta, czy może dołączyć – czemu nie? 🙂 Ale za chwilę jakoś ich nie widzę za sobą. Za chwilę na skrzyżowaniu skręt w lewo, mijam Rybno z jeziorem, kręcą się tu jeszcze ostatni wypoczywający ludzie, a potem w miarę równo przez las, niedawno wyremontowaną drogą. Płochocin z charakterystycznym murowanym kościołem – i za moment Warlubie. Tu, oczywiście, kibluję przed przejazdem kolejowym (trzeba mieć szczęście, by na nim nie utknąć). Dogania mnie tu dwóch kolegów i razem dojeżdżamy na stację, doi której zjazd przeoczyliśmy zrazu, przebijamy więc chodnikiem koło sklepu.

Jest 20:50, a więc znowu obsuw w stosunku do założonego czasu. Są tutaj chyba dwie osoby z naszych, kupuję znów zupkę – tym razem krupnik – i zapas wody. Pojawiają się inni uczestnicy, w tym Marek Garus i Rafał Marzec. Marek – mocny zawodnik – tym razem miał jakieś problemy żołądkowe, stąd jego obecność w środkowych raczej strefach. Okazuje się, że prowadzi on małą grupkę. Pojawia się też Bartek Dobies – to nie uczestnik, ale kolarz-ultras, mieszkający tu, w Warlubiu. Bardzo miłe spotkanie, życzy nam wszystkiego dobrego. 🙂 Przerwę wykorzystuję też na podładowanie GPSu i telefonu, chociaż jest jeszcze zapas, ale w nocy włączam na stałe podświetlenie tego pierwszego urządzenia.

Przez „życie towarzyskie” postój trwa nieco dłużej, niż zamierzałem, ale planuję teraz pojechać z grupą – zobaczymy, jak to wyjdzie. Jak to w grupie, zbieranie chwilę trwa. Marek pogania, ja też – chwilę po 21:30 ruszamy. Teraz czeka nas zjazd do Komorska, potem z grubsza po równym aż do samego Grudziądza właściwie. Zauważam, że licznik nie pokazuje mi kadencji, patrzę na korbę – czujnik tam tkwi, nie zgubiłem go, czyli coś się rozłączyło. No trudno, na następnym postoju sprawdzę, to nie jest krytyczne w żadnym razie. Chwilę gadamy, potem jedziemy już rzędem. Prowadzę na zmianę z Markiem, inni jakoś się nie kwapią. Droga znów taka sobie, sporo przerostów, trochę dziur też się zdarza, trzeba uważać, bo po ciemku czasami w ostatniej chwili coś się pojawia. Samochodów na szczęście niewiele. Z grudziądzkiej panoramy, tak charakterystycznej, nici – ledwo co widać. Na moście mijamy krzyż upamiętniający miejsce tragicznej śmierci wybitnego polskiego lekkoatlety – Bronisława Malinowskiego. Za mostem obowiązkowy postój na światłach – potem szybki przelot przez miasto – ulicą Parkową w stronę osiedla Lotnisko, to dobrze znane mi okolice, w końcu urodziłem się w Grudziądzu i, chociaż w nim mieszkałem nieco ponad rok raptem, bywałem (i bywam) tu regularnie. 🙂

Wyjazd przez Linarczyk – dość przyjemny, potem znów badziewne asfalty. Na podjeździe trochę zostaję, potem doganiam grupę. Mijamy jakiegoś uczestnika, wołam, by dołączył – nieco dalej okazuje się, że był to Waldek Chodań, który teraz jedzie z nami. Rafał się zastanawia, czy nie będzie konieczny „dwójkowy” postój: do Torunia jeszcze trochę, się zobaczy. Za Płużnicą (tu Orlen, ale Rafał jednak jedzie) – jest już lepiej, jeśli chodzi o nawierzchnię. Jedzie się w miarę dobrze, chociaż grupka trochę się momentami rozciąga. Znów wieje, i to raczej niekorzystnie, ale co zrobić. Niedaleko przed nami widać bardzo mocno oświetlonego rowerzystę. Powoli się do niego zbliżamy – chyba wiem, kto to może być. Przed Chełmżą go wyprzedzamy – to Marek Miłoszewski, tak, jak sądziłem. Marek jedzie swoje i nie dołącza do grupy. Za Chełmżą przekraczamy krajową 91 i kierujemy się nieco bardziej na południowy zachód – znów tempo lepsze. Zostaję trochę z tyłu, doganiam grupę przy DW 553, bo tu trochę nieoczywista sytuacja – trzeba przekroczyć drogę i skręcić kawałek dalej, w biegnącą śladem nieistniejącej kolei Toruń-Unisław drogą rowerową. Teraz już niedaleko do miasta, chociaż na moment muszę przystanąć, by coś tam poprawić, przez co zostaję w tyle. Tak jest aż do miasta – na Wrzosach widzę w dali, że koledzy wbili na drogę – Szosę Chełmińską – ja pozostaję na biegnącej wzdłuż niej DDRce. Doganiam ich przy Orlenie przy Polnej, wołam, żeby jechać dalej, bo ten tutaj jest mały i nawet nie ma gdzie usiąść. Jedziemy więc wspólnie. Przejazd przez większe miasto jak zawsze kłopotliwy, chociaż tu idzie nam sprawnie, dopiero niezsynchronizowane światła zatrzymują nas przy rondzie Niepodległości. Tu skręcamy i podążamy na most. Na nim wołam do kolegów, żeby zerknęli w w lewo w tył, na panoramę Torunia, ale kto tam teraz doceni takie perełki.

Za mostem Marek omal nie pojechał prosto, w ostatniej chwili usłyszał moje wołanie, że skręcamy w lewo – tu już sprawnie podążamy do położonej przy ulicy Łódzkiej stacji benzynowej Orlen, gdzie wbijamy chwilę po 1:00. Widzę, że przed 2:00 to bym nawet zdążył do tego Odolionu, ale korzystam z dobrodziejstw jazdy w grupie i dostosowuję się do postoju. Niestety, pani obsługująca odmawia mi odgrzania zupy, bo nie ma jednorazowych miseczek do niej. W Warlubiu dostałem bezpośrednio ze słoika, nie było problemu, tu jest. Okay, w związku z tym biorę zapiekankę, picia mi trochę zostało, zamawiam jeszcze kawę, którą wypiję przed wyjazdem. Korzystam z toalety – na wszelki wypadek, na razie nie jest źle z moim przewodem pokarmowych, z czego jestem bardzo zadowolony. Kawę biorę z mlekiem bezlaktozowym, dostępnym szczęśliwie na Orlenach. Wpada Marek, który narzeka na ból kolan. Hm, na tym etapie to trochę nieciekawie. Marek pieczołowicie smaruje obolałe miejsca Voltarenem, a potem nakłada nogawki. Potem rusza mówiąc, że i tak go dogonimy… ha, zobaczy się. W grupie te postoje dłuższe, ruszamy dopiero chwilę przed 1:50. Marek Garus słusznie pomstuje, że na ultra wynik robi się optymalizując postoje. 🙂 Za to już po wyjeździe na krajową 91, którą teraz aż do wspomnianego Odolionu przez kilkanaście kilometrów będziemy jechać, tempo mamy zacne. Licznik kadencji też się podłączył, teraz wszystko działa.

W Odolionie mijamy uśpiony McDonalds – nie czynny jest nawet mcDrive, a więc dobrze, że tu nie jechałem na postój, bo pewnikiem punkt 2:00 by mnie wyprosili. Super, że póki co nie mam problemów z sennością. Chwilę dalej podjazd, znów lekko zostaję, ale potem udaje się dogonić grupę. Dojeżdżamy do Konecka, a za nim długi odcinek badziewnego asfaltu – no tak, niedawno byłem w tych okolicach, okolice Konecka niestety tak mają… Tak jest aż do Brześcia. Mijamy uśpione miasto, kawałek dalej mocuję się z żelem, którego nie mogę wyciągnąć z torby – staję, bo inaczej nie dam rady. Przymusową przerwę wykorzystuję też toaletowo, a w tym czasie grupa ucieka… Zakładam też kurtkę, bo trochę mi chłodno.

Kujawska równina – okolice Przedecza o brzasku

Teraz jadę sam, trochę szkoda. Nieco wolniej, ale wciąż do przodu. Mijam jezioro Krukowskie. Doganiam Waldka, który też musiał gdzieś tam stanąć na chwilę. Potem Szczytno, Chodecz, również położone nad jeziorami, powoli robi się jasno. Waldek narzeka na senność, szuka przystanku, ale te dobre są już pozajmowane. W końcu znajduje i zostaje, ja nie mam problemów z sennością, jest okay. Niestety, wiatr, który przed wschodem powinien być spokojny, wieje całkiem, całkiem. Ale co tam, Kłodawa już niedaleko: jeszcze Przedecz z kolejnym jeziorem, potem długa prosta na południe i dojeżdżam do miejscowości słynnej z kopalni soli.

Wschód słońca zastaje mnie krótko przed Kłodawą

O 6:25 melduję się na Orlenie, do którego muszę nieco zjechać i zastaję tam zwyczajny ultramaratonowy widok – na kanapach kilku uczestników utulonych głęboko w objęciach Morfeusza. Szczęściem, to kulturalni zawodnicy, wszyscy siedzą, więc i dla mnie trochę miejsca jest. O ile dobrze pamiętam to chyba część warszawskiego teamu Grupetto – jest tam Sylwek, Tadek, ale też inni, na pewno Jakub Świerzko i Tomek Hutnik. A przed Orlenem Marek Garus, który gotuje się już do odjazdu: najwyraźniej problemy żołądkowe to już przeszłość – odzyskał wigor i swoje tempo.

Maratonowa wiara na kłodawskim Orlenie

Ja zalegam, z sennością nie ma problemów, ale muszę coś zjeść. Tym razem znów konkretnie, zapiekanka, uzupełnienie zapasów, woda. Próbuję też kimnąć, ale nic z tego. Śpiący rycerze się obudzili i powoli zbierają, dojeżdża też Waldek, którego z ławeczki na przystanku przepędziły komary. Postanawiam, że poczekam chwilę na Waldka. Słońce już świeci, więc ściągam jeszcze nogawki i rękawki, decyduję, że jadę już „na krótko”. O 7:15 (ach, te moje postoje 🙂 ) ruszamy. Szybko opuszczamy miasto, po prawej stronie widać szyby kopalni. Patrzę – co jest, prędkość 0 km/h? No żesz to szlag, coś nie tak z czujnikiem prędkości dla odmiany. Zatrzymuję się, restartuję GPS’a, czekam – uff, działa. Ale w międzyczasie Waldek znika za horyzontem. Dalej jadę więc znów sam – trochę szkoda, bo fajnie się jechało razem. Waldka zobaczę dopiero na mecie…

Kłodawa – kopalnia soli

Po prawej, na zachodzie widzę budynki i szyby kłodawskiej kopalni. Pierwsze kilometry po postoju idą tak sobie, ale wkrótce nabieram tempa (przez małe „t”, bo to w końcu blisko 500 km w nogach), w czym pomaga wczesno poranne słoneczko. Na razie… 😉 Do Świnic Warckich dojeżdżam w zasadzie sam, chyba nikt mnie w międzyczasie nie mijał. W tych okolicach znów dość kiepskie asfalty, zresztą jechaliśmy tu parę lat temu z bratem – była to nasza pierwsza ultra wyprawa (no, może nie prawdziwe ultra, bo raptem 300 km) z Sąsieczna do Częstochowy. Jeśli chodzi o jakość nawierzchni, to, niestety, przez te lata nic się nie zmieniło… Gdzieś tam dalej pochłania mnie szybciej jadąca grupka, do której się dołączam. Paręnaście kilometrów jedziemy razem: droga prowadzi cały czas wzdłuż rzeki Ner, w międzyczasie ranek zmienia się w przedpołudnie, a poranny przyjemny chłodek równolegle przeistacza się w upał. Nieco dalej wyprzedzamy Memorka. Jeszcze dalej grupka się zatrzymuje, robią omówienie: planują zrobić trasę w 50h czy w 48h, nie pamiętam, hm, ale to trzeba jechać, a nie deliberować. 🙂 Na dodatek w upale – ja szukam cienia na odpoczynek. Wykorzystując odpoczynek, coś tam przekąszam i popijam. Hmm, ciekawe, czy napojów starczy do tego Zelowa: to jeszcze prawie 80 km, zobaczymy. W razie czego jest jeszcze Łask wcześniej, a w nim albo stacja chyba CircleK (ale trzeba zjechać w bok) albo Żabka.

Chwila jazdy w zacnym towarzystwie Marka „Memorka” Miłoszewskiego

Ruszamy, ale okazuje się, że komuś tam w grupie kończy się woda. Gdzieś tam po drodze pytają nawet gospodarza, ale chyba się nie udaje, w końcu stają pod najbliższym sklepem. No nic, ja nie staję, jadę dalej, aczkolwiek samemu tempo istotnie słabsze. Dopędza mnie Memorek, chwilę jedziemy razem, potem ja zostaję w tyle. Za niedługo jednak sytuacja się zmienia, tym razem ja dopędzam Marka, chwilę jedziemy ni to razem, ni to osobno. Słońce już mocno doskwiera, wiatr przeciwny także. Tak to dojeżdżamy do Łaska, chwilę przed 12:00.

Zatrzymujemy się w Żabce, szybkie zakupy, coś do picia – Marek daje mi nadwyżkę swojej wody i , za chwilę już gotowy, rusza. Ja kończę żarcie. Kupiłem sobie też jabłuszko, zjem może jakoś przed popołudniowym obiadem, który planuję w Olsztynie. Postój udaje się zamknąć w nieco ponad 20 minut, nienajgorzej. Ruszam – temperatura osiąga już ponad 30 stopni, uff, jak gorąco! Niepostrzeżenie, ale systematycznie nabieramy wysokości – powoli zbliżamy się do 200 m n.p.m. Jedzie mi się teraz drewniano, średnia prędkość licha, dobrze poniżej 25 km/h. Mijam miejscowości o identycznych w zasadzie nazwach – Cząstków A, Cząstków B, a potem, ni z tego ni z owego – Cząstków F – pamiętam zresztą tę drogę i w szczególności charakterystyczne nazwy miejscowości z mojej niegdysiejszej wycieczki do Częstochowy. Jedzie mi się coraz gorzej, ehh…

Stawy przed Klukami – chciałoby się wykąpać…

Za Buczkiem widzę Bartka Pawlika z aparatem (i chyba dronem), więc grymas zmęczenia na twarzy zmieniam na uśmiech zwycięzcy (przynajmniej na moment). Wszak jest szansa na uwieczenienie w kronikach wyścigu! Parę kilometrów dalej dopędza mnie wehikuł nadwornego fotografa i, ku mojemu zaskoczeniu, przez uchylone okno padają jakieś pytania, a wszystko to się jeszcze kameruje… 🙂 Odpowiadam trochę nieskładnie, Bartek interesował się chyba historią mojego rowerowania, nie pamiętam dokładnie ani pytań, ani odpowiedzi.

Autor w obiektywie nadwornego fotografa – okolice Buczka (zdjęcie dzięki uprzejmości Koło Ultra i Barta Pawlika)

Mijam Zelów, gdzie pierwotnie planowałem postój – to ok. 600 km. Jeszcze dobre 400 do mety… Pojawiają się kawałki lasu, ale mało dają ochłody w ten upał, bo słońce stoi wysoko. Zamulam już solidnie, chyba jednak trzeba będzie pomyśleć o postoju. W zeszłym roku ległem na chwilę w jakimś lasku, ale mało mi to dało, teraz myślę, że lepiej będzie znaleźć jakiś kościółek i na jego terenie gdzieś w cieniu odpocząć i, być może, przysnąć trochę. Mijam Parzno – tu duży, murowany kościół, ale akurat trwa chyba nabożeństwo. Potem kawałek lasu, następnie duże stawy po lewej stronie, jakaś knajpa też. Jadę dalej, w Klukach wjeżdżam na chwilę na DK74, potem znów na południe. Dojeżdżam do Kaszewic, jest 14:15. Oczy mi łzawią, nie wiem, czy ze zmęczenia, z upału, od wiatru, czy od wszystkiego tego naraz – choroba, muszę odpocząć! W centrum miejscowości widzę murowane ogrodzenie, a za nim śliczny, drewniany kościółek. To jedej z bardziej interesujących obiektów w okolicach Bełchatowa – drewniana świątynia pw. św. Trójcy, pochodząca z początku XVII wieku. Wybudowana z modrzewiowego drewna, była, jak wieść niesie, pewnego rodzaju aktem pokutnym Mikołaja Potockiego, ówczesnego właściciela okolicznych dóbr, za porzucenie stanu duchownego. 🙂 Hm, pokuta, wyścig ultra – zjawiska poniekąd pokrewne, postanawiam stanąć i spróbować odpocząć trochę.

Przed bramką jakaś pani – pozdrawiam grzecznie „Szczęść Boże” i pytam grzecznie, czy aby nikomu nie uchybi, gdy chwilę się zdrzemnę w cieniu kościółka. Pani nie ma nic przeciwko, więc kieruję się pod północną ścianę, gdzie jest trochę cienia (całe szczęście budynek jest tradycyjnie orientowany). Tu widzę siostrę zakonną, więc na wszelki wypadek ponawiam prośbę – na szczęście siostra nie ma nic przeciwko, uff. Mało tego, proponuje mi również, o ile będzie taka potrzeba, skorzystanie z toalety – jest tam, tu wskazuje na niedaleki budyneczek. Po czym dodaje: „ale właściwie, to dlaczego ma Pan tu leżeć. Akurat robimy porządki i obok toalety w pomieszczeniu jest akurat tapczan, położy się tam Pan w cieniu i spokoju, nikt nie będzie przeszkadzał, a jak się ktoś będzie pytał, to Pan powie, że ja pozwoliłam”. Trochę się dla porządku kryguję, ale zadowolony z takiego obrotu sprawy udaje się do budyneczku – faktycznie, w środku jest toaleta, a obok nieco zabałaganione pomieszczenie z niewielkim tapczanem. Układam się, nawet nie nastawiam budzenia, wypijając jeszcze trochę wody.

Budzę się po nieco ponad pół godzinie. Może nie wypoczęty, ale odpocznięty 🙂 Przed wyjazdem korzystam z toalety (skoro już jest), wychodzę – rozglądam się, czy można komuś podziękować, ale nikogo nie widzę, zatem ruszam, jest 15:20. Cały postój zajął mi z grubsza godzinę, nie najgorzej. Zrazu jestem nieco otępiały, ale powoli wracam do życia. Upał cały czas daje po głowie, ale pewnie za jakieś 2 godziny zacznie robić się normalnie. Zastanawiam się, czy dotrwam do Olsztyna bez aprowizacji – może trzeba będzie gdzieś uzupełnić, najpewniej chyba w Radomsku w razie czego. Tymczasem zbliżam się do elektrowni bełchatowskiej, jej imponujące kominy i parowniki pojawiają się zza lasu.

Elektrownia bełchatowska coraz bliżej

Elektrownię i kopalnię okrążamy tym razem od wschodu (w zeszłym roku od zachodu). Tutaj spotykam jakiegoś uczestnika, który chyba ma problemy nawigacyjne. Przez chwilę jedziemy razem. Mijamy właściwy wjazd do elektrowni, dalej jedziemy wzdłuż rurociągu. Potem skręcamy na zachód, jedzie się istotnie lepiej. W Łękińsku Żabka, ale nie korzystam. Teraz znów skręcamy na południe, okrążywszy elektrownię i odkrywkę. Kolega odzyskał ślad i pojechał nieco szybciej, ja turlam się swoim tempem tym bardziej, że jest tutaj DDRka z polbruku, niezbyt wygodna, a i wiatr w tym kierunku przeszkadza. Teraz następuje dość nudny odcinek urozmaicony li i jedynie przejazdem przez niewielkie miejscowości oraz przecięciem autostrady A1. I tak to, chwilę po 17:00 dojeżdżam do Radomska.

Elektrownia tuż-tuż
Wzdłuż elektrowni
Kopalniane maszyny

Sprawdzam napoje – jest jeszcze trochę w baku, przekąsek także wystarczy. Nie ma potrzeby zatrzymywać się teraz, myślę, że do Olsztyna dam radę, tym bardziej, że temperatura powoli zaczyna spadać. W razie czego w Mstowie raczej powinna być Żabka, albo inny sklep otwarty w niedzielne popołudnie.

Przejazd przez miasto nader sprawnie poszedł, za miastem długi prosty odcinek po dobrym (o, jakże miła odmiana) asfalcie. Mimo, że teraz utrzymuję nieco lepsze tempo ok. 27 km/h, kogoś tam widzę za sobą, ale to chyba nie uczestnik maratonu tylko jakiś lokalny rowerzysta (albo rowerzystka). W sumie, to od dłuższego czasu nie widziałem nikogo z naszych. Przed wjazdem do województwa śląskiego jeszcze niemiła niespodzianka, jakieś wykopki na drodze, momentami szutrowe przełomy. Tyłek zaczyna mi już doskwierać, a tu jeszcze ponad 300 km, z czego w zasadzie całość po wyżynach i górach.

Zaczynają się górki, tempo spada. Ktoś mnie tam dogania, ale generalnie słabo ten odcinek pamiętam, włącza mi się tryb „aby do Olsztyna” – tam planuję zrobić zakupy na noc (Żabka) i zjeść coś przyzwoicie (pizzeria kawałek dalej). Mija 19, a ja jeszcze nie jestem w Olsztynie, powoli nadchodzi zmrok. Dopiero po 20 minutach melduję się w Żabce. Tu robię szybkie zakupy, jakiś uczestnik znów częstuje mnie nadmiarem wody – i zaraz jadę kawałek dalej, do zaplanowanej pizzerii. Po drodze kogoś spotykam – to chyba Tomasz Ferency i ktoś jeszcze (nie wiem, czy nie Tomek Hutnik) – pytają się o moje plany – to mówię, że będę jadł, w razie czego możemy razem jechać, ale nie wiem, ile mi tam zejdzie. Jest wciąż ciepło, 25-26 stopni, siadam więc na zewnątrz. Zamawiam pizzę (pewnie nie zjem wszystkiego, ale nadmiar wezmę w folię aluminiową na drogę), do picia piwo bezalkoholowe (dwukrotnie upewniam się, czy będzie na pewno 0%). Wykonuję telefon do żony, łąduję GPSa i czekam. Czekam… czekam… No, tego niestety nie wziąłem pod uwagę, że przygotowanie tyle zajmie, niech to szlag! Chyba ze 40 minut czekałem, w międzyczasie w zapadającym zmroku widzę kilku „naszych” przemykających obok. Ale nie ma co się stresować, jest jak jest. Po posiłku jeszcze kawa (może uda się nie zasnąć) i obowiązkowa wizyta w toalecie. Dwa „slajsy” pizzy w folijce lądują w tylnej kieszeni. Postanawiam jeszcze szybko założyć rękawki i nogawki, bo wg prognoz noc ma być chłodniejsza, poniżej 15 stopni. O 20:40 ruszam – ponad godzinę ta pizza mi zajęła!

Jest już ciemno, dość fajnie się jedzie, bo po prawej pojawia się wydzielony pas dla rowerzystów. Niestety, temperatura jest wciąż wysoka, ponad 20 stopni – zmusza mnie to do zrzucenia rękawków, bo zaczyna być nieprzyjemnie gorąco. Jadę częściowo drogami znanymi mi z tegorocznej edycji Maratonu Podróżnika, ale wtedy jechałem w dzień, teraz w nocy. Nawet dość fajnie mi się jedzie, chociaż górki ciężko wchodzą: trudno się jednak spodziewać że po 1.5 doby i ponad 700 km w nogach będzie lekko, łatwo i przyjemnie. Długo jadę sam, nikogo za mną, nikogo przede mną. Gdzieś w okolicach Złotego Potoku dogania mnie kilkuosobowa ekipa, chyba w większości powiązana z warszawskim Grupetto. Jedziemy kawałek razem, chociaż na podjazdach trochę zostaję. Ze mną też trochę Tadek Baranowski, który narzeka na rower (jakieś kłopoty z napędem) i na łydki. I tak, trochę razem, trochę osobno dojeżdżamy do Niegowej. Tu koledzy odbijają do niedalekiej stacji Moya, ja samotnie jadę dalej.

W okolicach Włodowic na moment zatrzymuję się, wciągam rękawki i zakładam też kurtkę, bo zaczyna robić się chłodno – mija 23, temperatura systematycznie spada, teraz jest 18 stopni (w końcu!), na zjazdach zaczyna być rześko. Słyszę porykiwania z lasu – no tak, przecież to wrzesień, pora jelenich rykowisk. Jak w zeszłym roku tak i w tym przejazd przez Jurę wypada mi w nocy. Mijam przemieścia Zawiercia, a potem Ogrodzieniec. Zamek oświetlony, przynajmniej tyle mam, chociaż w sumie nie ma co narzekać, pooglądałem sobie jurajskie krajobrazy i zamki podczas tegorocznej edycji MP. Konkretniejszy podjazd, niedługo potem zjazd do Ryczowa. Tu na ławeczce ktoś leży, w śpiworze chyba. Czy to aby nie Marek Miłoszewski? Mijam, przyglądając się i… przeoczam skręt w lewo. Głośno choleruję, ale zaraz się mityguję, aby nie obudzić śpiącego kolegi: raz, żeby się wyspał, a dwa, po co ma mi deptać po piętach. 😉

Przed Kluczami dłuższa prosta, nawet przyjemnie się jedzie, chociaż, co tu kryć, jestem solidnie wymęczony. Za miasteczkiem troszkę jeszcze solidniejszego podjazdu i potem już w miarę bezboleśnie dojeżdżam do Olkusza – na Orlenie melduję się o 1:50. Czas nawet niezły. Na stacji widzę spotkanych wcześniej Tomków – Ferency i Hutnika. Zamawiam sobię zupkę, do której dojadam skitrane w Olsztynie kawałki pizzy. Wpada też (z rowerem do środka, na bogato) Asia Pietrzyk. Jestem trochę zdziwiony, bo Asia przecież to mocna zawodniczka, powinna być przede mną – okazuje się, że miała kłopoty żołądkowe uprzedniej nocy i wypadł jej przymusowy dłuższy przystanek w jakimś toruńskim hotelu. Okazuje się, że Asia nie zaznała jeszcze orlenowych zupek, a te zwłaszcza przy niepewnym żołądku i upalnej pogodzie są całkiem niezłą opcją. Asia ewakuuje się dość szybko, by nadrobić stracone godziny, ja jeszcze próbuję kimnąć, ale nic z tego nie wychodzi, więc postanawiam ruszyć. Tomek Hutnik mnie pyta, czy nie pojechałbym z nim razem teraz, czemu nie! Nad ranem zazwyczaj sen zaczyna się dopominać o swoje niezbywalne prawa, w towarzystwie zawsze łatwiej nad tym zapanować. Jeszcze patrzę na prognozę pogody, uparcie twierdzi, że będzie padać – i to coraz wcześniej, teraz już zaraz przed południem ma pojawić się deszcz. Ha, dobrze byłoby wyrobić się do tego czasu ze zjazdem z Makowskiej, stromym i krętym, mocno nieprzyjaznym w deszczu, zwłaszcza dla jadącego, jak ja, rowerem z hamulcami obręczowymi. Ruszamy dalej o 2:30. Znów trochę przydługi postój, ale warto, bo teraz jadę w zacnym towarzystwie, a to dość istotne pod koniec drugiej nieprzespanej nocy.

Z Olkusza oczywiście w górę, ale za to potem, do Krzeszowic z grubsza z górki, prędkościomierz często pokazuje prędkość powyżej 30 km/h. Chwila czekania na światłach z krajówką i ruszamy dalej. Dalej znowu pod górkę – to Tęczyński Park Krajobrazowy, szkoda, że po ciemku. Gdzieś koło czwartej przejeżdżamy pod autostradą A4, potem dość nużący odcinek do doliny Wisły, znów momentami po kiepawym asfalcie. Przed miejscowością Kamień dogania nas grupka innych uczestników. Dość żwawo jadą pod górkę, ja trochę odstaję, Tomek łapie się do grupki. Jest tuż przed piątą, zaczyna się poranny poniedziałkowy ruch, koło sklepu staje samochód dostawczy. Staję i ja, bo cosik mnie morzy okrutnie, grupa odjeżdża. Na moment (niecałe 5 minut) kładę się na ławce na przystanku, nawet nie zasypiam, ale zamykam oczy i odpoczywam. Po wstaniu biorę drugi z dwóch żelów z kofeiną (paskudne w smaku, ale w sumie dość skuteczne) i ruszam. Zrobiło się rześko, jak na warunki tegorocznego MPP – jest koło 15 stopni. Dojeżdżam samotnie do Łączan, gdzie po stopniu wodnym przejeżdżam Wisłę, potem kawałek po jej prawej stronie jadę w dół rzeki, a następnie pod górkę odbijam na południe.

Mijam Marcyporębę i o świcie zaczynam podjazd, pierwszy górski, można powiedzieć (no, podgórski, niech będzie). Oczywiście powoli i dystyngowanie, ale nawet sprawnie. Na górze powoli robi się jasno, niebo zachmurzone, ba, nawet w oddali widzę smugę deszczu. To mi się nie podoba, ten deszcz miał być znacznie później! No nic, trzeba jechać, teraz zjazd do doliny Cedronu. Droga prowadzi wzdłuż dolinki teraz, temperatura spadła do 13 stopni, nawet lekka mgiełka się pojawiła, brrr! Trasa tylko, miast prowadzić prosto na południe do Kalwarii Zebrzydowskiej, wiedzie wprost w drugą stronę doliny – robimy bowiem tutaj małą pętelkę, by przez Zarzyce (i jeszcze jedną górkę po drodze) dojechać do Brodów – Kalwarię zaś okrążamy. Z tej górki ładnie ją zresztą widać. I smugę deszczu nieopodal, a nawet zaczątki tęczy też. Ale na mnie na razie nie pada, choć jakieś nieśmiałe ślady na asfalcie są.

Widok na Kalwarię Zebrzydowską – jest tęcza, więc musi być i deszcz…

Wreszcie jeden ze smaczków tegorocznej edycji: podjazd do Lanckorony. Trochę straszy początek po paskudnych kocich łbach, ale to tylko malutki kawałeczek, dalej jest ładnie – i ostro. Końcowy odcinek o nachyleniu 18% robię na kołach, chociaż moje serce i nogi jasno mówią mi, co o tym myślą. Poranne zachmurzenie nieco tylko ujmuje malowniczości ryneczku. Robię szybko zdjęcie (mało udane) i jadę, pożywiając się batonikiem.

Lanckorona, Lanckorona…
Widok na Babią Górę z okolic Skawinek

Ostry zjazd, zaczyna kropić, ale lekko. Znów jestem w dolinie Cedronu, ale zaraz podjazd pod kolejną górkę Beskidu Makowskiego. Zjazd – i pada już całkiem, całkiem. Zatrzymuję się, by założyć ochraniacze, szkoda, że Makowskiej nie zrobię na sucho, niewiele zabrakło, bo teraz już do niej się zbliżam. Doganiają mnie Tomek Hutnik i Kuba Świerzko, gdzieś tam musieli się zatrzymać po drodze. Teraz jedziemy razem – i za chwilę Makowska. Kawałek jadę, ale potem zsiadam i prowadzę. Potem jeszcze raz wsiadam, kawałek jadę – i znów spacerek. Mijają nas samochody, przy tak znikomej prędkości i sporym już zmęczeniu nie czuję się pewnie na wąskiej drodze, poza tym i tak nie mam na tyle pary, żeby ten podjazd coś wniósł istotnego czasowo. Tomek bierze cały podjazd z nogi, ale to mocny zawodnik, na dodatek mieszkający w Jeleniej Górze, więc ma gdzie chłop trenować. Z góry zjeżdżamy razem – asfalt mokry, więc trzeba ostrożnie, na jednym z zakrętów zaliczam lekki uślizg, ale na szczęscie opanowuję i obywa się bez gleby.

O 8:55 meldujemy się w Żabce. Zamawiam herbatkę i jakiegoś burgera, sprawdzam zapasy: chyba jest okay, na wszelki wypadek biorę jeszcze batoniki. Herbatę częściowo chcę wlać do bidonu, żeby mieć coś ciepłego. Przy okazji oblewam sobie buty, choroba. Mija pół godziny – mówię Tomkowi, że ruszam, bo i tak mnie dogonią na najbliższym podjeździe.

Chociaż pada, jest dość ciepło, ok. 18 stopni teraz, jadę więc tylko w kurtce i nogawkach. A ten kolejny podjazd już niedaleko, zaraz za Makowem, do Żarnówki: doskonale mi znany zarówno z poprzednich edycji MPP jak i z Beskidzkiego Zbója. Jakoś mi trochę drewniano idzie: mimo, że nie należy do najostrzejszych, to kawałek prowadzę. Pada coraz mocniej. Potem zjazd do Wieprzca, krótki, ale dość konkretny. Na dodatek wraz z wzmożeniem deszczu robi się chłodno, temperatura spada do 13 stopni, w butach mokro, rękawiczki też przemoczone. Teraz znów kawałek pod górkę, ale niewiele daje ten podjazd, jeśli chodzi o rozgrzanie się. Za to doganiają mnie Tomek i Jakub Świerzko. Zjazd do Skomielnej robimy w trójkę. Zaczyna mnie trochę telepać, niedobrze. Mówię chłopakom, że przy najbliższej okazji (jakiś przystanek, albo wiatka) zatrzymuję się i zakładam cieplejsze ciuchy – oni chyba też mają podobny zamiar. Akurat, jak na złość, dość długo żadne odpowiednie miejsce się nie trafia, dopiero w Łętowni jest przystanek z zadaszeniem. Wbijam się więc szybko w bluzę, zmieniam skarpety na wodoodporne, uff, jest lepiej. Jeszcze tylko toalety brakuje… Chłopaki jeszcze walczą z ciuchami, więc ruszam, żeby po drodze namierzyć jakieś nieco ustronniejsze miejsce na siku. Takież i znajduję zaraz nieopodal. Droga teraz znów pod górę – nawet trochę to cieszy, bo cały czas jest dość chłodno, mogę się przynajmniej rozgrzać. Niestety, wodoodporność jednej ze skarpet najwyraźniej przechodzi do przeszłości, czuję wilgoć w prawym bucie. Ale grunt, że jest ciepło.

Widok na Gorce znad Rabki

Nad Naprawą przestaje padać i temperatura nieco wzrasta, po zjeździe starą zakopianką do Skomielnej najpierw staję obowiązkowo na światłach, a chwilę dalej po to, by zrzucić kurtkę, bo robi się ciepło, a tu podjazd przede mną. Podczas tego krótkiego postoju wsuwam też żel „na spokojnie”, przeganiają mnie też koledzy. Przed Rabką spotykam na górce pozostałej po budowie ekspresówki Nadwornego Fotografa, więc cierpiętniczą minę zmieniam na uśmiech – przynajmniej na ten moment. 😉

Mija południe, wygląda na to, że uda się zrobić dobry wynik, ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca… Tymczasem dojeżdżam do Rdzawki, zaczyna znów padać i robi się chłodno, więc zakładam kurtkę. Mijam jakąś dziewczynę, to była chyba Asia Balawajder. Na podjeździe spotykam znów Jakuba, z którym razem grzecznie podchodzimy ściankę. Kuba robi zatrzymuje się na stacji CircleK na górze, ja postanawiam jechać, zapas wody jest, mało jej schodzi przy takiej pogodzie, parę żeli i ze dwa batony – chyba wystarczy na ten ostatni rzut. Kilometrów niby nie tak wiele, ok. 54, ale za to ile podjazdów… Wśród nich Gliczarów Górny, z 20% ścianką.

Kotlina Nowotarska i Tatry – znad Pyzówki

Szybki zjad do Klikuszowej (szkoda, że w deszczu), a po nim skręt na zachód, przejazd pod S-ką (tu, korzystając z tego „zadaszenia”, staję na moment, żeby wyciągnąć żel z torby), a potem znów podjazd – tu wyprzedza mnie Dawid Barczak. Przed Pyzówką mijanka, którą szczęśliwie udaje się przejechać „z marszu”. Teraz zjazd do Kotliny Nowotarskiej – do Ludźmierza. Tam na krótki czas wjeżdżam na DDRkę prowadzącą wzdłuż drogi wojewódzkiej z Czarnego Dunajca, a potem pod górkę do Maruszyny, a potem wracam znów do Kotliny – w Szaflarach. Jest 14:30. Niby stąd niedaleko, ale wszak po Gliczarowie, który za chwilę będę męczył, jest jeszcze zjazd do poronińskich Kośnych Hamrów i tam jeszcze zaliczymy podjazd przez Murzasichle. Tymczasem wciąż przepaduje, jest koło 15 stopni, w sumie nie tak źle. W miarę żwawo jadę do Białego Dunajca, jest trochę samochodów, bo to przecież poniedziałkowe popołudnie. Przejeżdżam na drugą stronę rzeki i zaczynam podjazd. A zaczynam go od krótkiej przerwy na „jedyneczkę” – im mniej do wtachania na górę, tym lepiej. Po drodze dogania mnie Jakub Świerzko (po raz ostatni już). Ściankę zaliczamy razem, z buta. Na górze Kuba jedzie szybciej, rzuca – „do zobaczenia na mecie!” – oby nie zapeszył. 😉 Za ścianką jeszcze kawałek podjazdu, potem rondko – i szybki (ale bez przesady, jadę ostrożnie, ze względu na pogodę) zjazd.

Widok wynagradza wspinaczkę na Gliczarów

Na samym dole przytrzymuje mnie wahadełko, a potem skręt i pcham się pod górę. Liczę na to, że Gliczarów to był ostatni mój spacer, Murzasichle planuję wjechać. To nie jest taki ostry podjazd, w sumie w normalnych warunkach bardzo fajny, no, ale wiadomo – po 1000 blisko kilometrach to nic już łatwo nie wchodzi. Dla kurażu wciągam żel energetyczny i jadę. Szkoda, że niebo zasnute, w zasadzie nie ma widoków, z Murzasichla pięknie widać Lodowy Szczyt i Tatry Bielskie – a tu nici. Te nici to chyba nie tylko z pogody wynikają, ale też z postępującej zabudowy: wieś mocno się rozbudowała jednak. Cały podjazd udaje mi się zrobić w ok. 30 minut, o 16:20 jestem w Brzezinach. Teraz znów szybki zjazd drogą Oswalda Balzera, a potem ostatnia już wspinaczka na Głodówkę. Ani chybi, będę miał przyzwoity czas w granicach 56 godzin, o ile nie będzie żadnej awarii na ostatnich metrach. Już nic się nie oszczędzam, daję, ile mogę. Tętno wskakuje ponad dawno nie widziany poziom 140 bpm. Na zakrętach doganiam Dawida Barczaka, wołam, żeby trzymał koło, ale on chyba zalicza jakiś zjazd formy, bo nawet nie próbuje. Sam więc finiszuję, już słyszę dopingujących mnie z mety – i za chwilę sam tam jestem. Jest 16:57, czas oficjalny 56:42, a w zasadzie to nawet nieco szybciej, bo ruszyliśmy ze startu nieco po „oficjalnej” 9:15.

Meta – udało się! (zdjęcie dzięki uprzejmości Koło Ultra)
Na mecie z Bratem

Prócz organizatorów – Michała i Tomka, gratuluje mi mój brat (ukończył maraton z czasem bliskim 40h!), a także jeden z czterech tegorocznych zwycięzców – Mariusz Romańczuk – bardzo miły gest! :). Szukam wzrokiem żony, ale chyba jej nie ma… Dekoracja medalem, upominek w postaci buteleczki szampana, ale w końcu jest Ania – okazuje się, że trochę mnie niedoszacowała z jednej strony, a siebie przeszacowała z drugiej – jej wycieczka zajęła dłużej, niż się spodziewała. Jest też Adam Pryjomski (który jechał również BBT 3 tygodnie temu), Maciek Kordas, Marcin Wiktorowicz (obaj znakomite czasy poniżej 50h), a także… Marek Miłoszewski, który, jakże by inaczej, przyjechał godzinę przede mną. Są oczywiście Tomek Hutnik i Jakub Świerzko, no i niemały tłumek pozostałychg, co ukończyli przede mną – w końcu jestem dopiero 48 na mecie. Mocno czuję w nogach ten finisz, uff… Stojąc jeszcze na mecie witam kolejnych uczestników – Dawida i Marcina Mrochena, a potem udaję się na zasłużony posiłek. 🙂 Na sali jest gwarno, widzę m.in. Tomka „Wyciora” Wyciszczaka, jest też Marek Garus, a także Michał „Wilk” Wolff, który dojechał, mimo solidnej kraksy w okolicach Chełmży (wystrzał opony i twarde lądowanie na asfalcie – bez kasku, jak to Wilk) – prezentuje się, jakby wrócił w góralskiej imprezy, rozbita głowa, solidny siniak wokół oka. 😉 Ale na poważnie, to miał sporo szczęścia i nie mało hartu, kontynuując wyścig. Posiłek jem w towarzystwie Ani, Maćka Kordasa, Jędrka, oraz Asi Rumińskiej-Pietrzyk, która ukończyła wyścig jako druga kobieta – pierwsza była Marta Gryczko, którą widzę również przy sąsiednim stoliku.

Reszta popołudnia i wieczór mija na miłych pogaduszkach i witaniu kolejnych uczestników. Ale w końcu pora spać. Jędrek planuje ruszać koło ósmej, bo ma pociąg z Zakopca, my wracamy samochodem. Mimo nieprzespanych dwóch nocy adrenalina i zmęczone nogi nie pozwalają na dobry sen. Budzę się dość wcześnie, mogę jeszcze pożegnać brata i Memorka przy okazji, który o podobnej porze rusza w dół. My wyjeżdżamy nieco później, śniadanie postanawiamy zjeść w Zakopcu, Ania obczaiła sympatyczną kawiarenkę. Przy okazji robimy zakupy serków niedaleko, a potem do domu. 🙂

Podsumowanie

Jak to zwykle bywa, jestem trochę zadowolony, a trochę nie :). Udało się poprawić czas, ale wciąż to jest powyżej 55 godzin. Oczywiście, warunki były trudne, ale znów bez przesady – z drugiej strony, odsetek DNFów – 37% dość mocno zbliżył się do rekordowych pod tym względem edycji 2021 i 2022 (tam było w obu przypadkach niecałe 39%). Drugi dzień – upalny, z przeciwnym wiatrem – dał się mocno we znaki. Czas netto – 46:37. W sumie, nieco poniżej 9 godzin stania. Lepiej, ale wciąż zbyt dużo. Nie udało się wbić do pierwszej połówki – na 91 uczestników, którzy ukończyli wyścig, zająłem 48 miejsce. Niewiele, ale zabrakło. Pewnie coś tam straciłem przez tę nieszczęsną pizzę w Olsztynie, ale, z drugiej strony, taki nieco dłuższy odpoczynek pewnie też zaprocentował, zwłaszcza po upalnym dniu. Ergo: prostęp jest, ale i pozostaje pole do poprawy. Jak to syntetycznie ujął niegdyś Adrzej Mleczko:

Impreza, jak zawsze w przypadku Koło-Ultra, w deseczkę. W przyszłym roku znów planuję się stawić na jubileuszowej, 10 edycji. 🙂

Na koniec, zestawienie kosztów, podobnie, jak to zrobiłem w zeszłym roku.

KiedyZa coIle
Przed wyścigiemZakupy żelów, batonówok. 70,00 zł
Przed wyścigiemWpisowe510,00 zł
Przed wyścigiemNocleg – meta60,00 zł
Przed wyścigiemNocleg – start196,89 zł
Przed wyścigiemPociąg na start64,52 zł
Przed wyścigiemObiad na Helu55,00 zł
Przed wyścigiemZakupy na rano i na jazdę65,20 zł
Przed wyścigiem – suma1021,61 zł
W trakcie (sobota)Orlen Egiertowo39,33 zł
W trakcie (sobota)Orlen Warlubie37,54 zł
W trakcie (niedziela)Orlen Toruń24,02 zł
W trakcie (niedziela)Orlen Kłodawa16,52 zł
W trakcie (niedziela)Żabka Łask33,04 zł
W trakcie (niedziela)Żabka Olsztyn18,97 zł
W trakcie (niedziela)Pizzeria Olsztyn59,00 zł
W trakcie (poniedziałek)Orlen Olkusz17,22 zł
W trakcie (poniedziałek)Żabka Maków Podhalański18,19 zł
W trakcie – razem263,83 zł
Meta i powrótGłodówka – posiłek32,00 zł
Meta i powrótŚniadanie Zakopane50,00 zł
Meta i powrótObiad gdzieś po drodze25,00 zł
Meta i powrót – razem107,00 zł
Razem1392,44 zł

Powrót tym razem był razem z żoną, samochodem. Powinienem go policzyć jakoś dodatkowo, ale niech będzie, że to ona płaciła ;).