2022: Od morza gdzieś tam na południe

Wakacje 2022: 6 dni znad morza na (prawie) Śląsk

Uczestnicy:


Ania

Bubu – sprawozdawca

Spis treści:

Wstęp
Dzień 1: Kaszuby północne
Dzień 2: Kaszuby południowe
Dzień 3: Ziemia Zaborska
Dzień 4: Krajna, Pojezierze Wałeckie, Puszcza Notecka
Dzień 5: Pojezierze Sierakowskie, Ziemia Międzyrzecka
Dzień 6: Środkowa Odra
Dzień 7: Powrót

Wstęp

W tym roku od początku wiedzieliśmy, że ze względu na różne ograniczenia nie mamy zbyt wielu dni na wakacyjną wyprawę. Co prawda, mieliśmy do dyspozycji 2 tygodnie w środku lipca, ale nie bardzo mogliśmy je wykorzystać w całości. W związku z tym, wstępny plan zakładał północno-wschodnią Polskę. Ale w ostatniej niemal chwili okazało się, że lepiej jednak pojechać nieco na zachód. Start – Błota Karwieńskie II, meta – mamy pewną dowolność, ale musimy wrócić z powrotem na start (choć niekoniecznie rowerami, raczej pociągiem). Tylko nie do końca wiedzieliśmy, ile będziemy mieli czasu. Minimum – od niedzieli do soboty, ale być może jeszcze dałoby się przedłużyć o 2-3 dni (ostatecznie okazało się, że jednak nie).

No to plan – przez Kaszuby jedziemy na południowy zachód, by przez Pojezierze Sierakowskie dojechać w Lubuskie, do Zielonej Góry. O ile nam się uda, to może nawet kawałek dalej, w zależności od czasu. Czyli trasa tak trochę ad-hoc. No trudno, przygotowywać będziemy na bieżąco.

2021-07-10

Błota Karwieńskie II – jez. Lubygość (ok. 73 km)

Po przyjeździe do Błot Karwieńskich, gdzie na „turnusie” tradycyjnie jest Ani Mama z młodszymi wnukami (wliczając naszego Witka), najpierw serwujemy „tubylcom” przywieziony obiad: czyli szare kluski z kapustą. Mimo wielkiej tego ilości udało im się wszystko spałaszować. My przygotowujemy się do wyjazdu. Ostatecznie ruszamy dość późno, po 14. Chcemy dojechać w miarę daleko, najlepiej gdzieś koło jeziora Lubygość, gdzie chcemy obejrzeć „Groty Mirachowskie”. Po drodze jeszcze wjechać do miejsca pamięci w Piaśnicy, gdzie Niemcy w ramach tzw. Intelligenzaktion na początku II wojny światowej dokonali eksterminacji ludności polskiej. W Polsce nazywa się to „Zbrodnią Pomorską”. Prócz inteligencji polskiej, Niemcy zamordowali także (nazywali to akcją T4 – „eliminacją życia niewartego życia”) niepełnosprawnych intelektualnie niemieckich obywateli z Pomorza i Meklemburgii.

Nie jest łatwo, ale przynajmniej w cieniu

Z początku jedziemy szosą do Krokowej. Pogoda jest ładna, wiatr z zachodu, my jedziemy na południe, więc najgorzej nie jest. Z Krokowej kawałek w stronę Wejherowa, a zaraz potem skręcamy w prawo, pod górkę, w stronę Jeldzina (jak na MPP 2021), na górce jednak zjeżdżamy w polny trakt, wiodący na południe. Droga zrazu obiecująca, potem traci nieco na jakości, momentami zatarasowana przez leżące gałęzie, sporo trawy, ale za to w cieniu. Tempo momentami zupełnie spacerowe tym bardziej, że systematycznie nabieramy wysokości.

W końcu dojeżdżamy do szosy. Tu popełniam błąd – zamiast pojechać nią w lewo, jedziemy prosto – odbijamy za mocno na zachód. A droga, najpierw elegancki szuter, za chwilę znów staje się mocno polna. 🙂

Droga polna (a raczej łąkowa)

To jednak nie trwa długo – dojeżdżamy do wąskiej szosy, którą jedziemy do Karlikowa. Zatrzymujemy się chwilę przy sklepie, gdzie kupujemy wodę na zapas oraz kefirek z bułką na teraz.

Troszkę asfaltu
Opiekun Kaszub

Po konsumpcji jedziemy na południe lokalną drogą, która po paru kilometrach zmienia się na chwilę w płyty, a zaraz potem w szuter – ale całkiem klawy. Zjeżdżamy teraz w dolinę Piaśnicy – prawie cały czas w dół.

Zjazd pierwsza klasa…
… aż zostaję z tyłu
Droga do Piaśnicy

Po dojeździe do szosy skręcamy w prawo, ale zaraz potem zjeżdżamy z niej dalej w lewo. Teraz droga miejscami nieco gorsza, ale grunt, że z grubsza w dół, chociaż już praktycznie całą pracowicie zyskaną dzisiaj wysokość wytraciliśmy. Najpierw trasa prowadzi przez las (dość fajny i cienisty tutaj), potem wyjeżdżamy na łąki i za moment przejeżdżamy przez mostek na Piaśnicy – to wieś Warszkowo. Chwila asfaltu i zaraz znów szuterek – i znów pod górkę. Jedziemy teraz na zachód. Trasę wyznaczałem bezpośrednio w garminie i na jego mapie nie widać było dokładnie, gdzie jest cmentarz – pytam więc jakichś starszych państwa, których spacerujących spotykamy – mówią, że wyjedziemy akurat na pomnik pomordowanych dzieci.

I faktycznie, za chwilę jesteśmy w sanktuarium piaśnickim. Całość robi na nas duże wrażenie, pomniki rozrzucone po wysokim lesie Puszczy Darżlubskiej, trochę tablic informacyjnych. Ludzi chyba sporo, aczkolwiek dzięki temu rozproszeniu nie ma wrażenia tłoku i jest jakieś poczucie intymności sprzyjające zwiedzaniu tego miejsca. Przypomina nam się też mocno poetycka końcowa scena z filmu „Kamerdyner”. Aż się wierzyć nie chce, że brali też w tym udział sąsiedzi – ale tu akurat historia lubi się powtarzać, niestety – w nowszej historii znamy przecież wojnę na Bałkanach, Rwandę, a teraz Ukrainę.

O 16:45 ruszamy dalej – na razie na wschód, z powrotem, tą samą szutrową drogą. Z tym, że teraz w dół (przynajmniej kawałek). Droga przyjemna, przez las, nawierzchnia w miarę dobra. Docieramy do Rybna – przed rondkiem widoczne ślady dawnej linii kolejowej, a nawet dwóch, bo poza „podstawową” linią Wejherowo – Garczegorze, w latach osiemdziesiątych dobudowano dodatkową linię z Rybna właśnie do Żarnowca, która miała obsługiwać przyszłą elektrownię jądrową. Co ciekawe, ten odcinek był zelektryfikowany. Z elektrowni nic nie wyszło, linia też przestała być potrzebna, podobny los spotkał cały odcinek do Garczegorza. Chociaż niby coś tam się mówi o reaktywacji przynajmniej odcinka od Wejherowa do Orla albo Rybna właśnie.

Droga do Rybna
Żaden pociąg nie zabierze już z tej poczekalni nas…

My ruszamy szosą z rondka na zachód, by za niedługo skręcić znów na południe, w stronę Słuszewa, mijając ponownie pozostałości po linii kolejowej do Garczegorza. Z Słuszewa już polną drogą wjeżdżamy w rozległą dolinkę Redy – jedziemy teraz wzdłuż lasu, po prawej mając wzniesienie, a po lewej łąki. Ten odcinek znamy zresztą z weekendowej wycieczki po Kaszubach dwa lata temu – ale jest bardzo ładny i malowniczy, a poza tym, pasuje do koncepcji. 🙂 Podobnie jak wtedy, gdzieś tam kręcą się podejrzane chmury… z tym, że wtedy od południa, teraz raczej od północy. Póki co, chyba niegroźne. Na łące robimy krótki popas – jemy kanapki i chwilę odpoczywamy. Sprawdzamy też pogodę – coś tam wieczorem może popadać, zobaczymy.

Popas na łące w dolinie Redy
Dojrzewające zboża koło Strzebielina

Na razie ruszamy. Jeszcze trochę fajną, polną drogą, wkrótce docieramy do Chynowca, gdzie mamy szuterek, którym już przez Zielnowo docieramy do Strzebielina. Nie zatrzymując się dojeżdżamy do DK6, wzdłuż której chwilę jedziemy drogą dla rowerów, by za chwilę ją przekroczyć i, kierując się dalej na południe, przekraczając linię kolejową Gdynia – Szczecin (musimy chwilę czekać, bo szlaban opuszczony – pociąg widać na stacji, zaraz ruszy) i wjeżdżamy w las. Na razie bardzo zniszczonym asfaltem – ze względu na budowę ekspresowej S6, którą przekraczamy, ba, nawet chwilę nią jedziemy 🙂 Co prawda, dostać się na nią nie było łatwo, ale jakoś się udało.

Trzeba pokonać trochę przeszkód…
…by pojeździć sobie po nowiutkim asfalcie

Potem znów asfalt by za chwilę zjechać w lewo, w elegancki szuter (Kaszuby pod tym względem są świetne!). Droga prowadzi konsekwentnie w górę. No, ale musimy tutaj na paru kilometrach zrobić ok 150 metrów wysokości, wjedziemy na 200 m n.p.m. prawie. Na początku to nachylenie jest przyjemne, 3-4%, ale potem wzrasta, momentami ponad 10%, na dodatek na tym podjeździe pojawiają się kocie łby – na szczęście, można kawałkami jechać bokiem.

Zaczynamy nabierać wysokość
W bukowym lesie jest trochę ciemno

W końcu mamy te swoje 200 metrów (no, niecałe) – teraz chwilę zjazdu, są nawet jakieś płyty, równiutko ułożone. Odpoczywamy chwilę – jest 19:20. Pora myśleć o noclegu – a do naszego planowanego jeziorka Lubygość jeszcze dobry kawałek drogi, ok. 16 km. Tymczasem coś podejrzanie się chmurzy, nawet słychać jakieś grzmoty – ale to cały czas od północy, liczymy, że nie złapie nas to, bo przecież wieje od zachodu. Ruszamy – teraz objeżdżamy poligon Wojsk Specjalnych w Strzepczu, od czasu do czasu straszą nas tablice ostrzegawcze. Nieco dalej odcinek piaszczysty – ale, na szczęście, piach jest dość twardy, nie ma problemu z przejazdem.

Okrążając poligon – trochę piachu

Dojeżdżamy do Dargolewa, a wkrótce potem, mijając obok jezioro, do Strzepcza. Tu krótko jedziemy tak, jak jechałem na Maratonie Podróżnika miesiąc temu raptem – ale, po zjeździe w dół, w dolinę Łeby, skręcamy w lewo i, przejeżdżając przez Łebę, znów wspinamy się, by nabrać przepisowej, kaszubskiej wysokości. Próbuje nas zmoczyć jakiś deszczyk, ale na szczęście trwa mniej, niż minutę chyba – tymczasem od północy zbierają się naprawdę tęgie chmury. Czyżby miało nas jednak solidniej zlać?

Na północy się dzieje…

Robi się już późno, Ania jest solidnie zmęczona. Do celu jednak niedaleko, jakieś 5 km, chociaż jest już po 20:30. Teraz znów szuterek, znów wjeżdżamy do lasu. Zaczynam się powoli rozglądać za miejscem do spania. Dojeżdżamy jednak blisko jeziora – tam jest elegancki, bukowy lasek. Odbijamy w prawo od drogi i jeszcze przed 21:00 znajdujemy w miarę równe miejsce, zwalona gałąź dobrze zasłania nas od drogi. Ja rozkładam biwak, Ania schodzi nad jezioro. Po chwili wraca, meldując, że jezioro ma jakąś dziwną, brązową wodę i nie za bardzo, mimo przyzwoitego dostępu, ma ochotę się tam kąpać. Okazuje się też, że mamy po jednym kleszczu, Ania i ja – trzeba wyciągnąć, już przy latarce. Zaczyna padać. szybko klarujemy rzeczy, na razie nie pada mocno, zresztą chronią nas te buki. Potem jednak deszcz nabiera mocy. Właściwie, z drobnymi przerwami, pada całą noc. Ale my już w namiocie. 🙂

2021-07-11

Jez. Lubygość – jez. Kamieniczno (ok. 81 km)

W nocy pada, nad ranem pada – i to solidnie. Ponieważ było (mimo deszczu) dość chłodno i od spodu tropiku nastąpiła kondensacja pary, to teraz, przy mocnych uderzeniach kropel deszczu, woda odrywa się i dyskretnie spryskuje nasze nosy. 🙂 Mimo to, leżymy i odsypiamy. Wg prognozy padać ma do przedpołudnia, nie najlepiej… Wobec tego kontynuujemy leniuchowanie. Wstajemy dopiero przed dziesiątą, gdy deszcz trochę odpuszcza.

Jest dziesiąta, pora wstawać 😉

Zwijamy maty i śpiwory, a także wstępnie sypialnię, zostawiając tropik rozstawiony jeszcze. Liczymy, że za chwilę przestanie padać (i dobrze liczymy) i przynajmniej wstępnie obeschnie. Pada coraz mniej, wobec czego robimy szybkie śniadanko (jeszcze z gotowych kanapek, dodatkowo herbatka). Idę na dół do jeziora, żeby się obmyć – przy okazji oglądam „Groty Mirachowskie” – zlepieńcowe formy skalne. Są bardzo ładne. Co ciekawe, powstały w sposób pół-naturalny, na skutek eksloatacji żwiru w latach 50-tych ubiegłego wieku. Ania też idzie je zobaczyć.

Groty Mirachowskie
Groty Mirachowskie

Zastanawiamy się, jak zaplanować dzisiejszy dzień. Ustalamy, że na razie dojedziemy do Bytowa. To nam powinno zająć do popołudnia – tam zobaczymy, ile mamy czasu i jak zaplanować nocleg.

Kocie łby na dzień dobry

Pakujemy się, od czasu do czasu jeszcze trochę popaduje, ale to już lekko. Tropik wciąż mokry, trudno – pakuję go osobno i w miarę możliwości będę go podsuszał na dłuższych postojach. O 11:30 ruszamy. Fakt, późno, ale nie żałujemy – solidnie odespaliśmy, w końcu jesteśmy na wakacjach. Na początek w dół, do jeziora, potem znów w górę (tu kawałek leciwego bruku).

Za chwilę ukazuje się naszym oczom niespodzianka – jakieś wiaty, miejsce na ognisko, a nawet domek – to stacja turystyczna nadleśnictwa Kartuzy. Hmm, nawet widziałem wczoraj kamienne drogowskazy (popularne tutaj i w Borach Tucholskich) z nazwą „stacja turystyczna” właśnie, ale nie przywiązywałem do tego większej wagi. Szkoda trochę, bo moglibyśmy może przespać się pod tymi wiatami, unikając teraz wożenia mokrego namiotu. Ale co tam. Obok leśniczówka Mirachów. Ktoś sprząta ten domek, pewnie leśniczy – pytam o obiekt – no cóż, trzeba robić lepsze rozeznanie przed wyjazdem. 🙂

Stacja turystyczna Lubygość

Ruszamy dalej, wciąż dobrym szutrem, chociaż momentami są niezłe kałuże. W zasadzie, trasa prawie, jak gdzieś w Beskidach – górki i dołki, wokół bukowe lasy (no, chociaż sosny też nie brakuje), jakieś młaki koło ścieżki. W pewnym momencie nawigacja sugeruje nam skręt w kompletnie zarośniętą drogę w lewo, na dodatek zaraz zagrodzoną przez zwalone drzewo. Oszukujemy ją jednak i kierujemy się dalej naszą drogą, wzdłuż rezerwatu „Kurze Grzędy”.

Wciąż pod górkę

Zaświeciło w końcu słoneczko, zrobiło się ciepło, zrzuciliśmy nawet bluzy. W końcu osiągamy najwyższy chyba punkt na naszej wycieczce, przekraczając szosę Sierakowo – Mirachów. My chcemy właśnie jechać do Sierakowa – ale nie korzystamy z szosy, tylko jedziemy prosto, tym razem w dół (chociaż chwilowo).

Przerwa na jagody
Śródleśne mokradełko

Słońce znów zaszło, zrobiło się chłodno, coś tam nawet znów pokropiło. Mijamy położone w lesie jezioro Bukowskie, potem dwa charakterystyczne wzniesienia – może coś w rodzaju kemów, ale wszystko jest porośnięte lasem, nie widać więc dokładnie. Na chwilę zatrzymujemy się na rozstajach, Ania zbiera jagody i poziomki – są pyszne! Jest 12:40, nieco ponad godzina drogi za nami, a kilometrów coś mało, ledwo ponad 10. No, ale też i trasa była dość wymagająca. Postój planujemy w Sierakowicach. Sprawdziliśmy, że jest tam jakaś cukiernia, może też kawę serwują? Na razie ruszamy dalej. Dojeżdżamy do leśniczówki Sierakowice, tutaj mamy nieco lepszą drogę, ale tylko kawałek, bo skręcamy znów w las – ale to już ostatni terenowy odcinek, za niedługą chwilę wjeżdżamy już do Sierakowic.

Znów pod górkę
To już prawie cywilizacja – leśniczówka Sierakowice

Po wyjeździe na pola i łąki okazuje się, jak dobrze las chronił nas przed wiatrem, dmucha solidnie! Mijamy potężną farmę fotowoltaiczną i za chwilę wjeżdżamy do wsi, wyglądającej jak małe miasteczko bardziej. Mijamy nieczynną linię kolejową (łączącą Pruszcz Gdański z Lęborkiem i dalej Łebą), dalej Biedronka – tu robimy szybkie zakupy. Jedziemy dalej – do tej namierzonej cukierni, chociaż w ferworze ruchu (to wszak skrzyżowanie dróg wojewódzkich 211 i 214) mylimy się – musimy się cofnąć. Dobra, jest nasza cukiernia – kawy co prawda nie mają (albo raczej mają, ale jakąś „standardową”). Ania chciała też jagodziankę, ale cena ją odstraszyła, kupujemy jakieś inne słodkości. Z tymi bułkami jedziemy kawałek dalej na Orlen, bo kawka musi być. Cały czas dmucha pięknie, a ja zapominam o mokrym tropiku podczas postoju „kawowego”! A tu już trzeba się zbierać, minęła 14, te wszystkie przerwy zajęły nam prawie godzinę w sumie. Wciąż dmucha, słonko coś nie bardzo chce wyjść. Ruszamy kierując się teraz na zachód, wzdłuż drogi wojewódzkiej, ale potem jest jakaś ścieżka rowerowa po lewej, w porząsiu, chociaż standard kostkowy i dość wąska. Potem znów szosa. W międzyczasie słoneczko znów próbuje świecić. Dojeżdżamy do Gowidlina – tu mijamy jezioro i skręcamy na południe, zaczynając znów podjeżdżać. Jezioro wygląda fajnie, ale wciąż jest jednak chłodno – jakoś nie mamy ochoty na kąpiel.

Kawałek za Gowidlinem skręcamy na zachód – droga, wygląda na to, jest w budowie, jakiś ciężki sprzęt – ale udaje się przejechać. Na szczęście, żwir ubity i wyrównany. Mijamy całkiem niezłe hacjendy, a potem wjeżdżamy w las – w samą porę, bo słonko znowu przyświeca. Znów przyjemny kawałek dobrych szutrów, po czym wjeżdżamy do Borowego Lasu – tu znów, wbrew nazwie, wyjeżdżamy na otwarte przestrzenie. Patrzę na licznik – ujechaliśmy nieco ponad 30 km, do Bytowa zostało jeszcze dobrze ponad 20 km. No nic, trzeba jechać. We wsi szutry nieco słabsze, ale nie jedzie się źle. Teren cały czas przepisowo pofalowany.

Trochę po polach…
…popatrzeć na krowy…
…znów w lesie
I w końcu asfalt!
Zjazd do doliny Słupii

Znów trochę lasu i dojeżdżamy do Chośnicy – tu łapiemy na jakiś czas szosę, którą zjeżdżamy do doliny Słupii. Akurat mijamy jakąś niemiecką rodzinkę spływającą kajakami po rzece. My jedziemy dalej, na razie wciąż asfaltem, teraz pod górkę. Robimy tylko mały skrót terenowy do DW 228, którą podążamy na zachód. Dużego ruchu niby nie ma, ale jednak komfort jazdy jest umiarkowany.

Za Jamnem nawigacja kieruje nas lewo, w drogę, na której widzimy kocie łby. Trochę się wahamy – niby tą drogą wojewódzką dojedziemy do Bytowa, z drugiej zaś strony, marna to przyjemność. Jest, co prawda, już 16:00 – ale decydujemy się mimo wszystko na jazdę poza asfaltem. Tego bruku nie ma zresztą długo, potem jest całkiem fajna polna droga, nieco, co prawda, zanikająca, ale jechać spokojnie się da. Pewne trudności rekompensowane są przez piękne widoki – zwłaszcza na północ, gdzie za doliną Słupii piętrzą się kaszubskie wzgórza.

Co prawda bruk, to przynajmniej pod górkę 🙂
Warto czasem obejrzeć się za siebie
Patrząc w przód też jest ładnie
Mała Wieś

W Małej Wsi mijamy jakiś dawny folwark chyba, czy może małą fabryczkę i wjeżdżamy na moment do lasu – droga tutaj przyciężkawa, ale za chwilę wyjeżdżamy na… piękny, równiutki asfalcik, tylko dla rowerów! A to niespodzianka – a nazywa się ona „Lobeliowa trasa pieszo-rowerowa”. Wygląda bosko – jedzie się świetnie. Zjeżdżamy tak do Pomyska – tutaj ta trasa biegnie śladem dawnej kolei.

A to ci niespodzianka…
Jak w Niemczech 🙂
Lobeliowa Trasa Rowerowa

Mijamy „tytułowe” jeziorka lobeliowe, zaczynamy spotykać też rowerzystów – dotychczas, nie licząc „lokalsów”, w zasadzie nie widzieliśmy innych, a teraz nawet jest samotny sakwiarz, który zatrzymuje nas (jedzie w przeciwną stronę) i pyta, czy nie widzieliśmy… butów. 🙂 No, niestety, nie – on wiózł je na bagażniku i zgubił. My jedziemy dalej. Trasa prowadzi praktycznie do samego Bytowa, tylko koniec dziwny – trzeba kiepawym szutrem wjechać na dawny wiadukt i stąd już „normalną” szosą do centrum. Ale to drobiazg – ten cały odcinek to prawdziwa wisienka na torcie. 🙂 Całe szczęście, że wcześniej w Jamnie zdecydowaliśmy się tędy jechać!

Lobeliowa Trasa Rowerowa – śladem dawnej linii kolejowej

Zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przed centrum zastanawiając się, gdzie zjeść. W końcu Ania stwierdza, że po takiej wyrypce nadeszła pora na coś konkretnego – czemu nie kebab? 🙂 W centrum jest jakiś wysoko ceniony przybytek tego rodzaju – zatem jedziemy tam. Jeszcze na chwilę przystajemy, patrząc na bytowski zamek. Spotykamy znów tego gościa od butów – znalazł je, na szczęście. Gadamy chwilę – on jedzie nad morze, my vice versa – trochę się dziwi, że w tę stronę, ale to tylko wjazd do miasta, na jedzenie.

Lobeliowa Trasa Rowerowa – wjazd do Bytowa

Wjeżdżamy do centrum, mijamy zabytkową wieżę pozostałą po kościele św. Katarzyny, a chwilę po 17 meldujemy się w barze. Na szczęście można siąść na zewnątrz. Zamawiamy – bierzemy kebab „na talerzu”, z frytkami, a nie w cieście. Przypominam sobie o mokrym tropiku – próbuję rozłożyć go na krzakach, ale kręcący wiatr utrudnia mi to. W końcu jakoś udaje się rozpiąć go na rowerach, mokrą podkładkę pod podłogę zresztą też. Dzięki wiatrowi ładnie i szybko schnie, super.

Porcje kebabu są dość konkretne – Ania wzięła nawet małą, a i tak jest spora. Ale udało się sprzątnąć całość, zasłużyliśmy na to. 🙂

„Jedz u Hassana dopóki nie wybuchniesz!” 🙂

Pora zastanowić się nad noclegiem. Wygląda na to, że spokojnie możemy jechać przez ponad dwie godziny. Ciężko, co prawda, ocenić, jak nam to wyjdzie odległościowo – dużo zależy od jakości drogi. Na razie nabiliśmy prawie 60 km, jeszcze pewnie ze 20 km można liczyć. Obiecująco wyglądają jeziorka na południowy zachód od Bytowa, jeszcze przed doliną Brdy – powinniśmy coś tam znaleźć.

Bytowski zamek
Dróżka za Bytowem

Jeszcze krótkie zakupy w pobliskiej Biedrze – woda, coś na kolację (o ile będziemy mieli ochotę po tym obżarstwie) i śniadanie. Ruszamy – na razie z powrotem, do zamku. Tam odbijamy w prawo i jedziemy teraz na zachód. Zastanawiam się, czy nie podjechać jeszcze do zabytkowego mostu kolejowego nad Borują – jest całkiem efektowny, przynajmniej na zdjęciach. Jest jednak nieco późno, 18:15 – jedziemy dalej.

Po chwili zjeżdżamy z trasy wojewódzkiej na lokalną drogę, prowadzącą pod górkę, a za jeszcze dalszą chwilę w leśną drogę – no, trzeba się trochę pomęczyć! I męczymy się, faktycznie – najpierw trochę piasku, potem zwalone drzewa, trzeba przenosić rowery, bo wokół krzaki, nawet nie bardzo da się to obejść, uff! Potem droga staje się coraz bardziej singlowata. Wyjeżdżamy z lasu na pola – teraz, dla odmiany, droga porośnięta trawą, mocno nierówna. Tempo zatem odpowiednio wolne, atoli trudy wynagradzane są przez piękne widoki.

Spalamy kebab 🙂
Popołudniowa gimnastyka
Droga nabrała zdecydowanie kameralnego charakteru…
…za to widoki w dechę
W końcu trochę z górki…
…to i panoramkę mamy przed sobą

Na momencik dosłownie wjeżdżamy na asfalt, a potem znów polnymi drogami. W Sierznie ładny dawny dworek, znów jakiś symboliczny asfalt, i kontynuujemy dalej terenowo. Słońce świeci już całkiem na dobre, fajnie, bo już wieczór i tak nie grzeje.

Dawny dworek w Sierznie

Przed Rekowem dojeżdżamy znów do asfaltu, a nim za chwilę do drogi wojewódzkiej. Nawigacja, co prawda, ambitnie każe nam zjechać w dół i jechać wzdłuż jeziora – ale nie wygląda, by było tam miejsce do kąpania, na biwak też się nie nadaje, jedziemy więc dalej, by w samej wsi zjechać nad inne jezioro. Jest nawet jakiś budynek z informacją turystyczną, ale wszystko zamknięte. Wykąpać się teoretycznie by można, ale słabo to wygląda. Odpoczywamy chwilę i jedziemy wzdłuż jeziora. Wygląda całkiem fajnie, chociaż pod koniec jakieś nowo budowane osiedle domków trochę psuje to pozytywne wrażenie.

Kapliczka z 1937 roku

Za niecałe 10 km mamy podłużne, rynnowe jezioro Kamieniczno – nad nim planujemy znaleźć nocleg, dochodzi już wszak 20:00. Znów kawałek lasu, kawałek pól i łąk. Co ciekawe – całe pole gryki. Mijamy bardzo sympatyczną kamienną kapliczkę z datą 1937. Jest to dość ciekawe, bo o ile sam Bytów i Rekowo też były przed wojną niemieckie, o tyle tutaj już chyba była Polska – granica bowiem od Somin prowadziła na zachód. obejmując cały zaborski obszar, a potem „wracając” nieco na wschód, przebiegając pomiędzy Chojnicami a Człuchowem. Do tego tematu wrócę jeszcze opisując następny dzień.

Na razie dojeżdżamy do wsi Gliśno Wielkie. Jedziemy teraz wzdłuż jeziora Kamieniczno, na południe (które, na pewnym odcinku, było również granicą II RP i Niemiec). Na jednym podwórku impreza – wystawiony duży głośnik, kilku młodych facetów i muzyka – Łydka Grubasa, rapapara… No dobrze, jedziemy dalej. Teraz las, ale „noclegowo” taki sobie. Za to droga znowu nieco piaszczysta. Raz sprawdzamy dojście nad jezioro, ale wygląda to słabo, jest mocno w dole. Jedziemy dalej – w końcu trzeba coś znaleźć, bo to już prawie 20:30, a niedługo kolejna wieś – Borzyszkowy.

Słońce chyli się ku zachodowi – pora szukać noclegu
Kiedyś to i nawet płoty ładne potrafili robić…

Jest jakaś droga leśna w prawo, w dół, do jeziora. Dobra nasza – nieco powyżej niej znajdujemy w miarę przyzwoite miejsce na biwak, w rzadkim, sosnowym lesie. Dojście do jeziora też jest. Idziemy się wykąpać – ale, niech to szlag, przy brzegu polują na nas pijawki. 🙂 Jedna jest szczególnie imponująca, ma chyba z 13 cm długości, a pływa sprawnie, niczym węgorz. Pilnujemy, żeby się nie przyczepiły, ale skubane, wyczuwają świeżą krew. No, udało się. Za to nie udało się nie złapać kleszczy – znów jednego wyciągamy, tym razem Ani.

Małe co nieco przed snem

Na normalną kolację nie mam ochoty, ale wciągamy jogurciki. Opracowuję też wstępny plan na jutro – Ania mówi, że trochę ją zmęczył ten teren i ma być trochę więcej szos. No, zobaczę, co się da zrobić. Koncepcja jest taka, by pojechać dalej na południe, w stronę Człuchowa, a potem nieco bardziej na wschód, żeby od północy i zachodu ominąć Piłę – ale to już dalej, pojutrze. Na razie do Człuchowa, potem na południowy zachód, gdzieś tam północno-zachodnią Krajną przejechać, znaleźć nocleg. Poza tym, warto by znaleźć jakieś jeziorko. Dzisiejsza wieczorna kąpiel pozostawiła zdecydowany niedosyt w tym zakresie.

Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci

2021-07-12

Jez. Kamieniczno – Wąsosz (ok. 111 km)

Wstajemy rano – pogoda sympatyczna, lekki chłodek, ale bez przesady. Poranna toaleta, śniadanko. Trochę celebrujemy to śniadanko, pakujemy się – ruszamy chwilę po 9:00 dopiero.

Śniadanie na trawie
Do drogi trzeba sprowadzić rowery

Na razie kontynuujemy jazdę wzdłuż jeziora leśną drogą, ale wkrótce po lewej mamy pole – znów gryka, i to cała połać. Obok też ule – na myśl o miodzie gryczanym ślinka cieknie… Swoją drogą, ta gryka wcale nie jest „jak śnieg biała”: najwyraźniej Mickiewicz albo nie do końca znał realia, albo kiedyś gryka była bielsza (podobnie, jak śnieg ;)), albo znał barwę śniegu z Paryża tylko 😉 – kwiaty są takie bardziej kremowe. Ale i tak ładnie to wygląda.

Gryka, jak śnieg biała?
…tak nie bardzo…
Borzyszkowski św. Jan Nepomucen

Dojeżdżamy do szosy i dość szybko (zjazd :)) meldujemy się w Borzyszkowach (po kaszubsku Bòrzëszkòwë). Tutaj uwagę zwraca bardzo ładny drewniany kościół z XVIII wieku. Zatrzymujemy się na chwilę w sklepie, uzupełniając zapasy wody. Wieś jest (była?) siedzibą kaszubskiej szlachty zagrodowej (ród Borzyszkowskich).

Mijamy figurkę „Nepomuka”, kawałek dalej skręcamy w bardzo szeroką, szutrową drogę. Mijają nas wielkie ciężarówki „patelnie” – okazuje się, że kawałek dalej jest duża żwirownia. Za to dalej już luzik, elegancki asfalcik, choć dość wąski. Ale samochodów też na lekarstwo. Lecimy zatem sprawnie – wokół łąki i pola (z gryką :)), czasem lasek. Wieś Prądzona – tutaj, po wyjeździe, koniec tego dobrego – teraz dość uciążliwy szuterek, z „falami” – ale przynajmniej nic nas nie mija i nie kurzy.

Z przodu potężna żwirownia
Wstecz – widok na drewniany kościół w Borzyszkowach i pole gryki
Droga do Borowego Młyna, po prawej pole gryki

Około 10:15 jesteśmy w Borowym Młynie (czyli Bòrowi Młin). Tutaj, prócz kościoła, zwraca uwagę tablica wmurowana w budynek szkoły, a poświęcona zrywowi miejscowej ludności w 1920 roku, podczas ustalania granic pomiędzy II RP a Niemcami – tzw. „wojnie palikowej”. Granicę bowiem Traktat Wersalski ustalił nieco na zachód od wsi, przeciw czemu zbuntowali się okoliczni mieszkańcy, usuwając świeżo wbijane pale graniczne (stąd nazwa). Ostatecznie sprawę załatwiono formalnie, wysyłając delegację do Międzynarodowej Komisji Granicznej w Toruniu, dzięki czemu granicę przesunięto ostatecznie ok. 10 km na zachód.

Droga do Upiłki, wzdłuż – nie inaczej – pola gryki 🙂

Jedziemy teraz asfaltem, oczywiście wzdłuż pól z gryką, do Upiłki. Tu, przy skrzyżowaniu, mijamy cmentarz żołnierzy radzieckich i skręcamy w drogę na południe. Niedługo potem wjeżdżamy w las, co jest, przy świecącym wciąż słoneczku, nader przyjemne. Samochodów mało, ale droga wąska i trzeba uważać, zwłaszcza, jak nas wyprzedza (lub wymija) ciężarówka.

Do Kiełpina już niedaleko

No, ale w końcu koniec tego dobrego: skręcamy lewo w szutrowo-piaskową drogę z dumnym drogowskazem „Konarzyny 11”. Nie jedzie się źle, chociaż droga nieco przynudnawa – prosta, jak strzelił. Na dodatek, mija nas najpierw mały samochód, a potem duża ciężarówka. Ale poza tym, ruchu nie ma. W końcu dojeżdżamy do Kiełpina – tam jest asfalt. Jest też jezioro – przez łączkę jakieś zejście, czemu by nie skorzystać? Co prawda, wygląda średnio, porozkładane stare fotele samochodowe w charakterze leżaków, ale co tam. Miejsce trochę osłonięte, rozbieramy się i wskakujemy do wody dla ochłody. Dość daleko płytko jest. Pływając konstatujemy, że woda jest jakaś brązowa, podobnie, jak w jeziorku Lubygość przy pierwszym noclegu. Po wyjściu okazuje się, że ten brąz zostawia fajne ślady na skórze – jesteśmy pokryci jakby galaretowatą mazią 🙂 Na szczęście, daje się to zmyć przy brzegu, najwyraźniej tu jest mniej tego ciekawego składnika wody. Cóż, traktujemy to jako leczniczą kąpiel borowinową. 😉 Później doczytaliśmy, że kolor wody wynika z „wysokiej zawartości substancji humusowych”.

Resztki muru folwarku w Żychcach

Ruszamy dalej – fajnie byłoby zrobić jakąś przerwę jedzeniową przy sklepie, jest już 11:40. Postanawiamy dojechać do Konarzyn. Teraz jedziemy asfalcikiem, co prawda w Żychcach zaczyna się jakaś dziwna droga rowerowa, ale po jakimś kilometrze staje się w miarę normalna, więc nią jedziemy.

W Konarzynach sympatyczny sklepik, w cieniu, z ławeczkami. Kupujemy po kefirze i jakiejś słodkiej bułce. Przydałaby się kawa: tu nawet chyba niby coś jest na kształt automatu, ale postanawiamy, że znajdziemy coś w Człuchowie – tam mamy, o ile nie trafimy na nic fajniejszego, Orlen. Mija nas grupka sześciu dzieci – najstarsza woła, że muszą zaczekać na babcię. No, ładnej gromadki wnuków się babcia dorobiła. 🙂 Podczas, gdy siedzimy, mijają nas dwie grupki rowerzystów, ale wszyscy „na lekko”. Ciekawe, że dotychczas, poza gościem od zgubionych butów w Bytowie, nie spotkaliśmy żadnych rowerowych turystów, ani „klasycznych”, jak my – z sakwami, ani „nowoczesnych” – bikepackingowców.

Jezioro Sosnowe
Nieczynna linia kolejowa

Ok. 12:15 ruszamy dalej: teraz jedziemy kawałek szosą, ale przed Sąpolnem skręcamy w lewo, w szutrową drogę prowadzącą do Brdy, którą przekraczamy i jedziemy kawałek wzdłuż jeziorka. Mijamy pastwisko – na nim daniele.

Zagroda z danielami
Przez sosnowy las

Potem lekko w górę i przekraczamy starą linię kolejową Człuchów – Słosinko, którą ledwo już widać, a za chwilę mijamy jakiś schowany w lesie murowany budynek, najpewniej dawny przystanek kolejowy, lub jakiś inny obiekt kolejowy. Trochę szkoda obserwować, jak gęsta sieć kolejowa w północno-zachodniej Polsce odchodzi w niebyt. Jedziemy teraz przez las, dość sympatyczną drogą, z grubsza wzdłuż tej starej linii kolejowej.

Dojeżdżamy do Polnicy – tu znów asfalt, chwilę odpoczywamy na przystanku. Teraz jedziemy już szosą do samego Człuchowa. W mieście uwagę przykuwa oktagonalna wieża krzyżackiego zamku. Była to druga co do wielkości budowla tego typu w państwie zakonu, niestety teraz tego nie widać, bowiem uległ zniszczeniu i częściowej rozbiórce pod koniec XVIII wieku. Zdobyty przez Polskę pod koniec wojny trzynastoletniej, pozostał w jej władaniu aż do zaborów, z krótką przerwą w XVII wieku, kiedy to został zdobyty przez wojska szwedzkie podczas „Potopu”.

My mijamy centrum i kierujemy się na południowo-zachodni kraniec miasta, gdzie robimy postój w Orlenie na kawkę. Ponad półgodzinny odpoczynek dobrze nam robi, zrobiliśmy prawie 60 km. O 14:30 ruszamy dalej, chwilę jakąś drogą rowerową z kostki wzdłuż krajowej 22, a potem odbijamy na południe i mijając tor crossowy opuszczamy asfalt, jadąc teraz przyzwoitym szutrem.

Linia kolejowa Tczew – Kostrzyn

Mijamy linię kolejową Tczew – Kostrzyn – czyli dawna tzw. Ostbahn, jedziemy teraz przez pola z uprawami warzyw. W pewnej chwili nęci nasze nozdrza intensywny zapach truskawek – rzeczywiście, obok olbrzymie pole tych owoców, niestety, nie widać, żeby ktoś coś sprzedawał, zresztą na krzaczkach nie widać też już owoców.

Wzdłuż pola truskawek

Zauważalnie mniej już górek, w końcu zbliżamy się do województwa wielkopolskiego. Trochę konkretnie dmucha – na szczęście z grubsza z boku, może nawet lekko z tyłu, więc raczej wiatr nie przeszkadza.

Coraz bardziej płasko, pola rzepaku – ani chybi, Wielkopolska coraz bliżej
Trochę dmucha, ale raczej z boku
Budynek w Słupii

Krótki kawałek przez las, potem znów pola do Słupii. Teraz już asfaltem lecimy do Debrzna, gdzie planujemy jakiś obiadek. Po drodze mijamy wielkie pola z ziemniakami – trochę nielegalne, bo w końcu wciąż jesteśmy w województwie pomorskim, ale nie czepiajmy się zbytnio.

Pole pyr, chociaż to jeszcze nie Wielkopolska
Dawna gorzelnia (?) na wlocie do Debrzna

W Debrznie (dawniej Frydląd) jesteśmy o 15:45, na wlocie mijamy jakąś zapuszczoną fabryczkę, chyba dawną gorzelnię i kawałek dalej zatrzymujemy się w małej pizzerii. Dyskutujemy, co by tu zamówić – ostatecznie decydujemy się na największą, 50 centymetrową pizzę, najwyżej weźmiemy resztę ze sobą. Korzystając z czasu na przygotowanie idę kupić notatnik, którego zapomniałem wziąć z domu – wybieram jednak fatalnie, bo pocztę. Tutaj ktoś płaci rachunki, ktoś coś odbiera, czas obsługi jest horrendalnie długi. Ostatecznie Ania dzwoni, że nasza pizza już jest i muszę wracać „z kwitkiem”.

Pizza – jeszcze przed odlotem zieleninki 🙂
Debrzno – mury miejskie

Pizza faktycznie duża i smaczna – dodatkowo wzięliśmy rukolę, którą teraz musimy pilnować, bo wiatr koniecznie chce ją rozwiać po całym ogródku. 🙂 Musimy przytrzymywać ją rękoma. Jeszcze tylko zakupy – woda przede wszystkim, bo resztę to później kupimy. Zastanawiamy się też nad dalszą trasą – jest po 16:30, mamy jeszcze trochę czasu, ale chcielibyśmy się wykąpać: wygląda na to, że szansa na to będzie w Kujanie, tam jest jezioro Borówno i chyba jakaś plaża, jest też ośrodek wypoczynkowy. To byłoby prawie w sam raz, potem pojechalibyśmy już na nocleg, który wstępnie planujemy gdzieś tam między Świętą a Krajenką, jest kawałek lasu, to chyba coś znajdziemy.

Ruszamy – jedziemy jeszcze wzdłuż dawnych dawnych murów, na których jest tablica upamiętniająca 500-lecie zdobycia miasta przez Kazimierza Jagiellończyka podczas wojny trzynastoletniej. Zjeżdżamy w dolinę Debrzynki, mijając Basztę Młyńską i, zaraz na przejeżdżając rzeczkę, opuszczamy miasto formalnie, a przy okazji także zawówno powiat człuchowski, jak i województwo pomorskie – jesteśmy już wielkopolskim, wjeżdżając pod górkę do wsi Debrzno-Wieś – taka ciekawostka.

Jeszcze kawałek wojewódzką trasą i skręcamy w bok, w bardziej kameralną drogę wiodącą na południowy zachód. Teren nam się mocno wypłaszczył, po kaszubskich górkach ani śladu. Wokół też tylko pola i łąki. Mijamy małą wioskę Smolnicę i kawałek dalej skręcamy na zachód.

Nie masz to, jak porządna nawierzchnia

Ku naszemu zaskoczeniu, po wjeździe do lasu kończy się asfalt i zaczyna kostka brukowa – jednak bardzo równa, jedzie się nadzwyczaj dobrze, jak na tego typu nawierzchnię. Niezbyt długo, bo znów odbijamy na południe bardziej – jedziemy teraz leśną, szutrową drogą. Nawet całkiem fajnie się jedzie, co prawda jest drobny fragmencik z gorszą nieco nawierzchnią, przy jakimś dawnym mokradełku są płyty betonowe nawet, ale ogólnie jedzie się całkiem dobrze.

Elegancki szuterek przez las – tylko trochę płasko… 😉
Kto Ciebie ciął, bukowy lesie?

No, ale wszystko dobre się kiedyś kończy – w małej wiosce Potulice dojeżdżamy do szosy, nią podążamy dalej, a kawałek za Głomskiem, minąwszy wiadukt kolejowy, dojeżdżamy do drogi wojewódzkiej – tej samej, której wyjechaliśmy z Debrzna. Nią dojeżdżamy do Zakrzewa i tu skręcamy nieco bardziej na południowy wschód – na Kujan.

Potulice – dawne zabudowania folwarczne
Pora na trochę asfaltu

Obok małe jeziorko – w nim się raczej nie wykąpiemy, jest dobrze otoczone przez trzciny. Mijamy jakiegoś młodego chłopaka na rowerze – pytam, czy w Kujanie jest jakaś plaża nad jeziorem – gość mówi, że tak, nawet dwie, poleca tę z dojazdem po bruku, ponoć lepsza. Perspektywa rychłej kąpieli (za jakieś 5 km) po dość w sumie ciepłym dniu dodaje nam sił – za niedługo jesteśmy na miejscu. Skręcamy, co prawda, za wcześnie i nadziewamy się na szlaban ośrodka, ale zawracamy i zaraz trafiamy na właściwe miejsce. To plaża gminna, nawet nie ma zbyt dużo osób, ratownicy właśnie się zbierają (jest 18:15), szybko przebieramy się i wskakujemy do wody. Jest nawet sympatycznie, szkoda, że dość późno, musimy się zbierać, bo jeszcze trzeba zrobić zakupy na kolację i śniadanie, a w końcu także znaleźć dobre miejsce na nocleg.

Pola uprawne po horyzont
Dzwonnica w Nowej Świętej

O 18:45 ruszamy dalej – kawałek na południe, potem skręcamy na zachód w wojewódzką drogę 189 łączącą Złotów z Więcborkiem, ale zaraz zjeżdżamy z niej w leśną drogę, która z początku wygląda średnio, ale jedzie się nią dobrze. Nią dojeżdżamy do Nowej Świętej – tu znów mamy asfalt. Mijamy budynek dawnej szkoły z… dzwonnicą obok – na niej nawet dwa dzwony – ciekawe! Teraz jedziemy na zachód i odczuwamy wmordewind. Dojeżdżamy do Świętej – z daleka widać korpus dawnego wiatraka „holendra” – mijaliśmy go już kiedyś, gdy wracaliśmy z naszej podróży do wrzosowisk kłomińskich.

Robimy tu mały odpoczynek – najpierw zakupy w Dino, a potem popas na skwerku. Jest już po 19, ale do planowanego noclegu nie mamy daleko – jeszcze 3 kilometry do Wąsosza, a potem już las i, miejmy nadzieję, coś sensownego znajdziemy. Za nami prawie 106 km, punktualnie niemal o 20:00 ruszamy dalej.

Dawny wiatrak „holender” w Świętej
Święta – zabudowa
Kolacja

Droga prowadzi polami na południowy wschód, do wioski Wąsosz – dzięki nadciągającemu wieczorowi wiatr już tak nie przeszkadza. W Wąsoszu mijamy pozostałości dawnego młyna chyba, jakieś fajne, murowane budynki. Próbuję także w gąszczu drzew znaleźć dawny cmentarz, ale albo szukam w złym miejscu, albo w tych zaroślach zupełnie go nie widać.

Wąsosz – mostek na Głomii

Wjeżdżamy teraz w las – chcemy trochę odjechać od wsi i wtedy znaleźć dobre miejsce na biwak. Las jest na razie trochę mało przyjazny, z dość gęstym poszyciem. Po jakichś dwóch kilometrach zatem zjeżdżamy w bok z naszej leśnej drogi, prowadzącej dalej do Krajenki, potem jeszcze w las w zarastającą przecinkę – i znajdujemy całkiem fajne miejsce. Nawet komarów nie ma zbyt wiele. Pora w sam raz na zakończenie, dochodzi 20:30.

2021-07-13

Wąsosz – Chojno (ok. 116 km)

Znów mamy ładny poranek, nawet nie jest jakoś mocno chłodno, chociaż wstajemy wcześnie, trochę po szóstej. Dziś chcemy przenocować na jakimś campingu lub w agroturze – Ania chce umyć włosy, dobrze byłoby przeprać ciuchy. Wstępnie namierzam coś w miejscowości Miały, na pograniczu Puszczy Noteckiej. Wyjdzie pod 100 km, w sam raz. Dobrze będzie też znaleźć jakieś jeziorko do kąpieli, bo zapowiada się raczej ciepły dzień.

Biwak o poranku
Droga do Krajenki

Na razie jemy śniadanko, zwijamy biwak i przed ósmą ruszamy w trasę – cofamy się do leśnej drogi biegnącej z Wąsosza do Krajenki i powoli nabierając prędkości zmierzamy do tej drugiej miejscowości. Koło sągu drewna baraszkuje kuna – z początku nas nie zauważyła i dopiero w ostatniej chwili daje nura pod drewno.

Przekraczamy (znowu) linię kolejową łączącej Kostrzyn z Tczewem – tu jednotorową – i za niedługo wjeżdżamy do Krajenki, gdzie zwraca uwagę neoromańska bryła dawnego zboru ewangelickiego, obecnie kościoła pw. św. Józefa Robotnika. Próbujemy przejechać przez skrzyżowanie – niestety, najwyraźniej czujniki sygnalizacji nie rozpoznają rowerzystów jako uczestników ruchu (popularna przypadłość tego typu rozwiązań, w mojej okolicy też takie knoty są) i, koniec w końcu, przejeżdżamy na czerwonym. Kierujemy się do kościoła śś. Anny i Mikołaja: zbudowany w końcu XVIII wieku z charakterystyczną wieżą. Świątynia powstała z inicjatywy hrabiny Sułkowskiej po I rozbiorze Polski na bazie… zamku z XVI wieku będącego jej własnością. Faktycznie, jest usytuowany na wzgórzu, posiada (a raczej posiadał, jako zamek) pewne cechy obronne.

Krajenka – dawny zbór ewangelicki, obecnie kościół św. Józefa Robotnika
Krajenka – kościół śś. Anny i Mikołaja
Wieża kościoła
Figura koło kościoła
Jeszcze jeden widok na kościół w Krajence

Wyjeżdżamy z Krajenki mijając dawny dwór nazywany pałacem Sułkowskich, chociaż wybudowany został w XIX wieku, gdy dobra krajeńskie należały do innych właścicieli. Obecnie zaadaptowany na szkołę, wokół resztki dawnego parku. Jeszcze kawałek przez pola i znów wjeżdżamy do lasu, jadąc dość dobrą, szutrową drogą na południowy zachód.

„Hubertówka” koło Krajenki

Kawałek dalej w lesie trafiamy na ciekawe miejsce – „Hubertówkę” – wiata i miejsce na ognisko pod zarządem jakiegoś koła łowieckiego. Przebywanie na obiekcie należy zgłosić pod telefonem takim a takim – całkiem fajne, tylko chyba ujęcia wody nie ma.

Jeszcze kawałek przez las…
…i wyjeżdżamy na pola

Jeszcze kawałek drogi przez las i wyjeżdżamy na pola. Mijamy pozostałości strasznie grubej ściętej topoli chyba – rozmiar pnia robi wrażenie! Dojeżdżamy do Paruszki – chwila bruku, obok ceglany kościół – zapewne dawny zbór ewangelicki, sądząc z architektury – i dojeżdżamy do asfaltu. Myślimy o kawie – wygląda na to, że najbliższa trafi nam się w Starej Łubiance, miejscowości położonej przy DK 10, bo wcześniej – w Krępsku nad Gwdą – chyba nic ciekawego nie będzie.

Pień potężnej topoli

Za Paruszką znów las, ale droga wciąż asfaltowa, chociaż leśna, w sensie własności, o czym informują stosowne znaki. Jedziemy, za chwilę mijamy zarośla z malinami – obowiązkowy postój. 🙂 Kawałek dalej – roboty leśne, trochę dziwne, w sezonie gniazdowania?

Elegancka droga leśna
Krótka przerwa na maliny

Tym leśnym asfaltem dojeżdżamy do Krępska. Przed skrzyżowaniem z krajową 11 ma być jakiś głaz narzutowy, ale to chyba jest gdzieś na terenie byłej żwirowni (tak to wygląda), odpuszczamy sobie. Przejeżdżamy mostek na Gwdzie, a zaraz potem na Rurzycy, która tu do Gwdy zaraz obok uchodzi. Teraz trochę pod górkę i opuszczamy wieś, wjeżdżając znów do lasu. Teraz zasuwamy asfaltem do samej Starej Łubianki, po drodze przekraczając inny dopływ Gwdy – Pilawę. Obydwie, a w zasadzie wszystkie trzy rzeki, wliczając Gwdę, mijaliśmy też w zeszłym roku, ale w nieco wyższych biegach, bardziej na północ. Przy Pilawie pole biwakowe – zapewne dla kajakarzy.

Poręba za Krępskiem

Kawałek za linią kolejową Piła – Koszalin mijamy jakieś jeziorko, ale nie wygląda szczególnie zachęcająco, na razie jedziemy, może dalej znajdziemy coś fajniejszego do kąpieli. O 10:10 meldujemy się na Lotosie w Starej Łubiance. Tu robimy przerwę na kawę, sprawdzamy też te miejsca noclegowe w Miałach. Jest tam agroturystyka, dzwonię – niestety, miejsc nie ma. Pani sugeruje jakąś inną miejscowość, niedaleko, ale tam też nie mają miejsc. Cóż, przypuszczam, że perspektywa jednej nocy nie brzmi zachęcająco, a niby jest kryzys w branży – najwyraźniej nie tutaj. Zastanawiamy się, gdzie można jeszcze coś znaleźć: bliżej Warty jest Chojno, tam są jakieś opcje. To trochę dalej, ale chyba damy radę. W końcu znajdujemy nocleg zapewniając właścicielkę, że nie potrzebuje przygotowywać dla nas pościeli, bo mamy przecież śpiwory. Nocleg jest wprawdzie w przyczepie campingowej, ale jest łazienka z prysznicem, a o to nam (a w zasadzie Ani) głównie chodzi. Obiad wstępnie planujemy w Wieleniu, a jeszcze wcześniej zatrzymamy się gdzieś na jakieś lżejsze jedzonko, typu słodkie bułki + kefir – pewnie w Trzciance najwygodniej.

Stara Łubianka

Przez to szukanie i wydzwanianie palimy dużo czasu – ruszamy dalej o 11:00. Przekraczamy DK 10 i wjeżdżamy do Starej Łubianki. Kierujemy się teraz bardziej na zachód, cały czas szosą, w większości polami do Szydłowa, nabierając systematycznie wysokości. W Szydłowie przekraczamy DW 189. Tu trochę wtapiamy, bo zamiast pojechać kilkaset metrów tą DW, my pakujemy się w jakieś kocie łby i to na dodatek trochę pod górkę. No, ale to raptem kilkaset metrów.

Droga do Szydłowa
Krajobraz polodowcowy, ale mniej „bojowy”, niż na Kaszubach…
…choć jeden większy podjazd się trafia
Szydłowo – bywa i tak
Kapliczka przydrożna w Pokrzywnicy

Można powiedzieć, że Piłę ominęliśmy. Kierujemy się teraz w stronę Pokrzywnicy jadąc przyjemnie szosą biegnącą przez pola. Słońce trochę się skryło za chmurami, chociaż cały czas jest dość ciepło. Za Pokrzywnicą wjeżdżamy w las i dojeżdżamy do wsi Kłoda – tu zjazd do jeziorka i witają nas dość nierówne kocie łby. Częściowo można jechać bokiem, ale tam z kolei piach…

Te kocie łby na szczęście tylko krótki kawałek, bo po wjeździe na górkę znów asfalt, ale zaraz z niego zjeżdżamy i jedziemy zrazu polną, a potem leśną drogą. Trasa momentami jest ciężka, trochę piachu, korzeni, chociaż ogólnie nie jest źle. W końcu nie możemy całego dnia przeasfaltować. 🙂 Odpoczywamy chwilę, jedząc jakieś przekąski. Niedawno minęło południe, za nami jakieś 45 km. Niby całkiem, całkiem, ale to jeszcze nie połowa drogi nawet.

Trochę leśnej drogi…
…i trochę polnej

Ten terenowy odcinek nie jest zresztą taki długi, najpierw wyjeżdżamy na pola, a niedługo potem, w Pokrzywnie znów wjeżdżamy na asfalt. Oglądamy się wstecz – całkiem ładny widoczek, jesteśmy na lekkim wzniesieniu.

Widoki może nie tak ujmujące, jak kaszubskie, ale całkiem do rzeczy
Estetyka w toalecie – dosłownie

Teraz już podążamy do Trzcianki. Po drodze mijamy rzeczkę Łomnicę (ha, czujemy się prawie, jak w Gorganach :)) i zaraz za nią wioskę o tej samej nazwie, z XIX-wiecznym neogotyckim ceglanym kościółkiem – dawnym zborem ewangelickim. Obok, co ciekawe, „miejsce obsługi rowerzystów”. Nie korzystamy, jedziemy dalej, na skraju wsi mijając dawny cmentarz.

Kościółek w Łomnicy – dawny zbór

Do Trzcianki dojeżdżamy przyjemną drogą przez las, bez większego ruchu. Na skraju lasu mijamy ładne zabudowania leśniczówki Kochanówka.

Droga do Trzcianki
Leśniczówka Kochanówka

Przedmieścia miasteczka nie robią na nas pozytywnego wrażenia. Około 13 zatrzymujemy się na zielonym skwerku w centrum miasta. Skwerek ozdobiony jest jakimiś tkanymi figurami, nie wiem, jak to się fachowo nazywa – z okazji światowego dnia dziergania, czy jakoś tak :). W sklepie kupuję po kefirku dla nas, niestety, nie mają żadnych słodkich bułek, wobec tego udaje się do położonej nieopodal piekarni. Ktoś podchodzi, pyta, skąd i dokąd jedziemy, chwilkę rozmawiamy. Potem jeszcze ktoś, ciekawe – najwyraźniej w Trzciance mieszkają bardzo sympatyczni ludzie!

Odpoczynek na skwerku w Trzciance

Zastanawiamy się, jak jechać dalej. Niby zrobiliśmy prawie 60 km, ale do noclegu mamy jeszcze dobre 50, z czego ostatnie 15 to przejazd przez Puszczę Notecką – na pewno bez asfaltu, nie wiadomo, czy nie będzie tam piachu. Decydujemy więc, że do Wielenia pojedziemy szosą – zresztą, nawet tak nawigacja sugeruje w ustawieniach „gravel”.

Ozdoby – „Światowy dzień dziergania”
Ozdoby – „Światowy dzień dziergania”

Po pół godzinie odpoczynku ruszamy dalej, wyjeżdżając z miasta w kierunku zachodnim, drogą wojewódzką 180. Na opłotkach droga odbija nieco bardziej na południe, pojawia się też droga dla rowerów z prawej strony, taka szutrowa co prawda, ale bardzo przyzwoita. Mijamy wielkie pole gryki (znów) i wjeżdżamy do lasu – w końcu, bo musimy zrobić postój „toaletowy”.

Pole gryki wzdłuż drogi rowerowej

Droga rowerowa kończy się nieco dalej, a w zasadzie nie tyle kończy, co odbija w prawo, w kierunku Smolarni. Jeszcze nieco dalej wyjeżdżamy z lasu, mijamy kolejną miejscowość – Siedliska. Tu nasza droga znów skręca na zachód – a ponieważ nie chroni nas las, odczuwamy dość mocno przeciwny wiatr. Z drugiej strony, jest raczej płasko, a nawet delikatnie wytracamy wysokość, w końcu zbliżamy się do doliny Noteci. Ruch umiarkowany, ale jednak trochę samochodów nas mija.

Za skrzyżowaniem z DW 117 małe zaskoczenie – kończy się asfalt, zaczyna beton. Nie jest jednak najgorzej, bo jest w miarę równy, tylko ten wiatr… Teraz może nieco mniej uciążliwy, bo znów jedziemy przez las. Odczuwamy go znów, gdy wyjeżdżamy na łąki wzdłuż rzeczki Kamionki. Potem znów las i znów tną drzewa w środku lata – tak nie powinno się robić…

Betonowa droga do Wielenia – okolice rzeczki Kamionka

O 15 dojeżdżamy do skrzyżowania z DW 170, którą podążamy dalej na południe – stąd już jakieś 10 km do Wielenia, głównie przez las. Zrobiło się nieźle ciepło, na razie na żadne jeziorko nie mamy co liczyć. Musimy za to namierzyć coś do zjedzenia.

Do miasta wjeżdżamy mijając pałac Sapiehów z rozległym parkiem. Przejeżdżamy przez Noteć – jesteśmy pewnie w jednym z najniżej położonych punktów podczas naszej wycieczki, nie licząc samych Błot Karwieńskich. Dojeżdżamy powoli do centrum, zatrzymujemy się na chwilkę. Patrzymy, jakie są opcje jedzeniowe. Zaraz niedaleko jest jakiś bar – może tam? Ania zagląda – wygląda okay, co prawda rowery muszą zostać na zewnątrz.

W końcu Wieleń!

Bar jest raczej z gatunku fastfood, ale jedzenie dobre, na deser jeszcze sok Tymbark. Wszystko to za trzydzieści parę złotych, jak za dawnych czasów. Sprawdzam jeszcze drogę do celu – jakieś 30 km. Dochodzi 16:00, nie jest więc źle. W Chojnie jest też jeziorko z plażą, miejmy nadzieję, że uda się wykąpać.

Dawna nekropolia ewangelicka we Wieleniu
Główna alejka jako tako, choć sporo śmieci…
Po bokach, niestety, gorzej

Ruszamy, więc na południe. Na południowych opłotkach dawny ewangelicki cmentarz – niestety, jego stan to obraz nędzy i rozpaczy: chociaż przez środek biegnie niby alejka (chyba wykorzystywana jako ciąg komunikacyjny), to reszta kompletnie zarośnięta i, na dodatek, zaśmiecona.

Dawna strzelnica bractwa kurkowego we Wieleniu

Mijamy jeszcze interesujący budynek ośrodka kultury, dawną siedzibę bractwa kurkowego. Jeszcze kawałek dalej zjeżdżamy z asfaltu i skręcamy w jakąś dziwną drogę, prowadzącą przez rozebrany częściowo betonowy mur. Hmm, wygląda trochę dziwnie. Ale zaraz wyjeżdżamy – jedziemy teraz fajną polną drogą. Trochę nie zorientowałem się, że wyznaczona przeze mnie droga omija Miały, a nie jestem pewien, czy w Chojnie jest jakiś sklep. Wyznaczam zatem drogę do miejscowości, co oznacza, że kierujemy się w stronę drogi wojewódzkiej łączącej Wieleń z Miałami. No, trudno.

Droga całkiem sympatyczna, ale..
…wracamy do szosy – na szczęście, mało ruchliwej

Na tej drodze zresztą wielkiego ruchu nie ma, bo, jak się okazuje, w Miałach jest remont przejazdu przez tory i w zasadzie droga tutaj się kończy. Przy wjeździe do miejscowości mijamy krzyż upamiętniający wielki pożar Puszczy Noteckiej z 1992. Był to drugi co do wielkości pożar lasów w Polsce, po tym największym w Kuźni Raciborskiej. Notabene, trzeci był w Puszczy Bydgoskiej, dym wtedy spowił cały niemal Toruń: wszystkie trzy wydarzyły się w sierpniu 1992 roku.

Willa w Miałach – czasy świetności ma niewątpliwie za sobą…
Budynek szkoły – po prawej stronie kamień – pomnik pamięci Powstania Wielkopolskiego

Przez remontowany przejazd pieszo i rowerem można przejść, na szczęście. Za torami bruk – nie ma lekko. Zatrzymujemy się przy sklepie vis-a-vis neogotyckiego kościoła i robimy zakupy. Dochodzi 17:00, pora ruszać dalej. Koło szkoły mijamy kamień z tablicą upamiętniającą Powstanie Wielkopolskie.

Wjeżdżamy w Puszczę Notecką

Za nami już 100 km. Wjeżdżamy teraz w las, zaraz na początku przejeżdżając jeszcze przez sporą łąkę. Droga jest szutrowa, niby niezła, ale momentami z dość uciążliwą „tarką”. Poszycie raczej suche, podobne do lasów w naszej okolicy. Dominuje zdecydowanie sosna. Ogólnie ten ostatni odcinek dość męczący, zwłaszcza dla Ani. Obszar wydmowy, więc i od czasu do czasu podjechać coś tam trzeba, choć ogólnie niby jest płasko.

Puszcza Notecka
Wydmy w Puszczy Noteckiej
Do celu już niedaleko

Robimy jeszcze króciutką przerwę, do celu już niedaleko. Przecinamy bardzo kiepściutki asfalt – to droga wojewódzka 149. To już chyba lepszy ten nasz tarkowaty szuter… Zresztą, za tym skrzyżowaniem droga robi się nieco przyjemniejsza, a jeszcze za chwilkę dojeżdżamy do drugiego, już normalnego asfaltu – to DW 150, łącząca Sieraków z Wronkami. My wjeżdżamy na nią na chwilkę tylko, by znów jechać przez las – tym razem dość piaszczystą drogą w stronę jeziora Radziszewskiego. Mijamy jeszcze jakieś domki letniskowe i za chwilę wyjeżdżamy obok polowej kaplicy na drogę prowadzącą do kąpieliska. Mijamy czynny sklep – ha, można było się tego spodziewać! O 18:20 wjeżdżamy na plażę.

Ludzi trochę jest, ale nie ma przesadnego tłoku. No trudno, coś tym razem szczęście nam średnio dopisuje, jeśli chodzi o miejsca kąpielowe – w miejscach ustronnych albo woda nieklawa, albo atakują nas pijawki. 🙂 No, ale nie ma co narzekać – woda jest przyjemnie chłodna. Po przyzwoitym dystansie przyjemnie jest się schłodzić i popływać. Nie siedzimy jednak długo, bo chcemy przecież, korzystając z „cywilizowanego” noclegu zrobić jakąś bazową przepierkę, wykąpać się porządnie pod prysznicem i zjeść też kolację. Na nocleg w linii prostej mamy może 300-400 metrów, ale musimy objechać trochę wzgórze porośnięte lasem i… dość szczelnie domkami letniskowymi. Najwyraźniej miejscowość jest nader popularna.

Zasłużona kąpiel w jez. Radziszewskim

Ja kupuję jeszcze piwo w sklepie (jak jest okazja, można skorzystać) i jedziemy na nocleg, Właścicielka sympatyczna, szybko załatwiamy formalności i rozgaszczamy się w naszej przyczepie – jest ciasno, ale wygodnie. Przed wejściem mamy zadaszony stolik, więc kolacyjkę spożywamy na zewnątrz. Zdzwaniamy się też z Ani mamą – bo od jej planów zależy, kiedy musimy wrócić: zgodnie z przewidywaniami miejscówkę mają do soboty, zostają nam więc dwa dni. Liczę więc, że dojedziemy do Głogowa, a stamtąd wieczorem pociągiem do Leszna, gdzie przesiądziemy się do „Rozewia”. Próbuję zarezerwować bilety, ale nie daje się: czyżby nie było już miejsc na rower? Okazuje się jednak, że robię błąd: „Rozewie” owszem, jedzie na sam Hel, ale wagon rowerowy tylko do Gdyni. Trzeba się więc tam przesiąść. Kupuję bilety do Władysławowa, ale chyba jednak wysiądziemy stację wcześniej, w Swarzewie – stamtąd mamy fajną drogę rowerową do Krokowej po dawnej linii kolejowej, którą już dwa razy wypróbowałem. Korzystając z luksusowych warunków postanawiamy, że jutro na śniadanko spróbuję kupić jajka i zrobimy sobie jajecznicę, a co!

Okazuje się, niestety, że jest problem z ładowaniem Ani telefonu – zgłasza „wilgoć w gnieździe ładowania”. Mimo chuchania i dmuchania, wciąż nie chce się ładować. Spróbujemy rano… Ania jeszcze znalazła kolejnego kleszcza, którego wyciągam.

2021-07-14

Chojno – Skąpe (ok. 104 km)

Rano, o 6:15 wyruszam do „centrum” wsi – tam też jest jakiś sklep. Kupuję bułeczki, masło i pomidory, a także jakiś serek. Niestety – jajka są, ale tylko w opakowaniu 10 sztuk. Tyle to nie zjemy, a wozić przecież nie będziemy. W drugim sklepie nieopodal – to samo. Jadę więc jeszcze do tego przy kąpielisku – niestety, i tutaj czeka mnie zawód. Trudno, obejdziemy się bez jajecznicy, szkoda!

Nasze luksusowe tymczasowe locum

Ale i tak śniadanko mamy fajne, celebrujemy trochę. Ani telefon wciąż się nie chce ładować. Ustalamy jeszcze trasę – dziś opuścimy województwo wielkopolskie i wjedziemy do lubuskiego, w którym na rowerach jeszcze nie byliśmy. Planujemy pojechać przez Pszczew do Międzyrzecza, a potem zaliczyć „z góry” MRU (Międzyrzecki Rejon Umocniony): na zwiedzanie podziemnych bunkrów tym razem nie ma czasu – zresztą, to już nie to, co kiedyś – ja byłem tam jeszcze jako młody chłopak, na przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku, kiedy to wszystko nie było zagospodarowane, plany podziemnych korytarzy zdobywało się Bóg wie skąd (internetu przecież nie było), była wolna amerykanka – myśmy nawet nocowali w podziemiach. Potem pojedziemy na południe, do Świebodzina i tam zdecydujemy, gdzie zrobimy nocleg. Ponieważ ma być raczej ciepło, a nawet bardzo – pod 30 stopni – to trzeba by też znaleźć jakieś miejsce do kąpieli. Przed Pszczewem jest jakieś jeziorko w lesie, może tam? W samym Pszczewie zresztą też jest jezioro Kochle.

Dom ze ścianką wspinaczkową w Chojnie
Droga, momentami piaszczysta, prowadzi lasem
Pole – a gdzieś tam dalej Warta
Płyty betonowe w wersji „de lux”

O 8:30 ruszamy na zachód, do Sierakowa, szutrową drogą wzdłuż Warty, której jeszcze nie widać. Droga całkiem przyjemna, w większości prowadzi lasem. Przed Sierakowem robi się dość ciekawa – równo ułożone betonowe płyty w nietypowym kształcie. Jeszcze kawałek i dojeżdżamy do Sierakowa – najpierw wjeżdżając w dolinę Warty, jadąc wzdłuż takiej mini-estakady (ciekawe). Przed samym mostem „właściwym” figura Nepomuka – czyli miasto wzorowo zabezpieczone przed powodzią. 🙂

Wjazd do Sierakowa – czy ta estakada obok jest na wypadek wylania?
św. Jan Nepomucen
Most na Warcie – widok na miasto
Warta w Sierakowie – po lewej widoczny dawny kościół ewangelicki
Dawna fabryczka na obrzeżach miasta

W centrum, przy skwerze z pomnikiem Powstańców Wielkopolskich robimy szybkie zakupy jeszcze (woda głównie) i wyjeżdżamy z miasta. Trochę chyba za szybko, bo nie zobaczyliśmy XIX synagogi (i to ja, taki fan judaiców), a także dość ciekawego dawnego kościoła ewangelickiego o konstrukcji szachulcowej (no, trochę go było widać z mostu na Warcie). No nic, może kiedyś tu jeszcze wrócimy.

Na razie podjeżdżamy pod górę opuszczając dolinę Warty, by zaraz zjechać w dół do wsi o nazwie… Góra. 🙂 Za Górą znów pod górę, a potem skręcamy w prawo, na zachód, kierując się na miejscowość Chalin. Przejeżdżamy przesmykiem pomiędzy dwoma jeziorami i, znów pod górkę, wjeżdżamy do Chalina, dość starożytnej miejscowości wymienianej już w 1400 roku. Mijamy schowany w drzewach dwór i położony zaraz obok folwark z dość oryginalną zabudową. Dwór wybudował w XIX wieku działacz niepodległościowy Apolinary Kurnatowski, uczestnik powstań i więzień berlińskiego Moabitu.

Za Górą góra…
…a na górze słoneczniki, niczym u mistrza Vincenta
Jezioro Chalińskie
Dawne zabudowania folwarku w Chalinie

Tu kończy się asfalt, podążamy teraz przez pola – całkiem przyjemnie, choć słoneczko praży. Potem zjeżdżamy w dół, kawałek lasu. Na rozstajach – kamień z tablicą poświęconą tym, co „nigdy z królami nie będą w aliansach” – czyli Konfederatom Barskim. Pomnik upamiętnia przegraną potyczkę konfederatów pod wodzą Ignacego Malczewskiego z wojskami rosyjskimi Jana Drewitza.

„Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi…”

Kierujemy się do Prusimia, droga fajna. Przed samą miejscowością dawny cmentarz ewangelicki. Jest też jeziorko, ale za wcześnie na kąpiel. Chwilę dosłownie jedziemy asfaltem i zaraz z niego zjeżdżamy, jadąc na zachód, znów polną drogą. Odcinek dość uciążliwy, w słońcu, odkrytym w większości terenem – daje nam się trochę we znaki.

Sympatyczna droga do Prusimia
Cmentarz ewangelicki w Prusimiu
Kolejna nieczynna linia kolejowa… a kiedyś zachodnia Polska była pokryta tak gęstą siecią szlaków kolejowych!

Ale najlepsze przed nami: za nasypem nieczynnej i rozebranej linii kolejowej Rokietnica – Skwierzyna droga najwyraźniej jest w „remoncie” – wybebeszona do żywego piachu, pracują też jakieś maszyny. Kawałek daje się ujechać bokiem, potem coraz ciężej, ale w końcu musimy pchać. Niby kawałek, ale takich niespodzianek to nie lubimy.

Żywy piach w pełnym słońcu…
…ale koniec już blisko

Dojeżdżamy (no, w dużej mierze dopychamy) do miejscowości Kamionna – tu zwraca uwagę gotycki kościół NMP z końca XVI wieku. Niestety, nie spojrzałem dokładnie na proponowaną przez garmina trasę, który za wszelką cenę chce uniknąć jechania odcinkiem krajowej 24, przekraczamy więc tę drogę, zjeżdżając ostro w dół po kamlotach, omijając centrum miejscowości – trochę szkoda, bo ponoć zachował się tu dość sympatyczny, małomiasteczkowy układ. Mamy za to bardzo ładny widok na kościół z ceglanym, gotyckim hełmem.

Kościół w Kamionnej

Kawałek pod górkę i znów jedziemy polną drogą, w pełnym słońcu w środku lata. Dobrze, że od czasu do czasu cień dają drzewa – w pewnym momencie są to duże, wiekowe grochodrzewy. Momentami jest piaszczyście, ale na szczęście nie trzeba pchać, daje się przejechać. Za Skrzydlewem przejeżdżamy przez wiadukt na nieczynnej (znów…) linii kolejowej Międzychód – Zbąszyń.

Szpaler robinii akacjowych
Pozostałości linii kolejowej
Wiśniowa pachta

Robimy krótki odpoczynek korzystając z faktu, że przy drodze rośnie ładna wiśnia. Owoce w sam raz dojrzałe, całkiem pyszne! Jeszcze kawałek i dojeżdżamy do szosy. Tu niby mamy dalej jechać prosto, podobną drogą jak dotychczas do Dormowa – ale niewielkim nadkładem możemy pojechać asfaltem: Ani podoba się bardzo ta opcja, ma już trochę dosyć „off-roadu”. Tego asfaltu nie ma dużo, bo raptem parę kilometrów – ale zawsze to trochę odmiana. Przed wsią pomnik poświęcony poległym powstańcom wielkopolskim.

Pomnik powstańczy w Dormowie

Za wsią asfalt się kończy, znów szutrowa droga, przynajmniej tym razem dość twarda. Warto by zrobić postój – za chwilę ma być jeziorko. Niestety – jest sensowne zejście, pomost i.. teren prywatny wstęp wzbroniony :(. To jest bardzo słabe w Polsce, że dostęp do dobra ogólnego – jak jezioro – można sobie ogrodzić i zprywatyzować. O wiele bardziej przemawia do mnie model skandynawski z allemansrätten. Może kiedyś i w Polsce uda się wprowadzić takie zasady?

Droga zniszczona przez maszyny

Jedziemy więc dalej – postanawiamy, że odpoczniemy za kilka kilometrów, w Świechocinie – czyli już w woj. lubuskim. Tam jest wieża widokowa, przynajmniej będzie jakaś atrakcja. A wykąpać spróbujemy się w Pszczewie.

Droga na początku średnia, teraz staje się całkiem, całkiem – może w wyniku zmiany województwa? Chociaż jest też słaby odcinek, zniszczony przez sprzęt leśny, akurat pod górkę. Dojeżdżamy w końcu do Świechocina, skręcamy kawałek szosą na wschód i podjeżdżamy pod wzgórze, na którym jest wieża widokowa. Ania odpoczywa – rozkłada się na ławeczce, ja wchodzę na wieżę – widok przyjemny, ale głowy nie urywa. Przyjeżdża także inna dwuosobowa ekipa na rowerach, ale na lekko. W międzyczasie podjeżdża samochód opróżnić kosz na śmieci.

Widok z świechocińskiej wieży
Widok z świechocińśkiej wieży
Chrystus Frasobliwy w Świechocinie

Jemy jeszcze jakieś przekąski i zastanawiamy się, co dalej. Na razie przejechaliśmy 40 km, przydałaby się jakaś przerwa kawowa: tu chyba przed Międzyrzeczem nie ma na co liczyć – a zatem jeszcze ponad 20 km musimy zrobić. Obiad – zobaczymy, ale to jakoś po południu. W Pniewach koło MRU jest niby jakaś knajpa, a jak nie tam, to już pewnie w Świebodzinie.

O 12:45 ruszamy – odpoczywaliśmy dość długo, chyba pół godziny. Jedziemy teraz szosą i w zasadzie do samego Międzyrzecza będziemy jechać asfaltami. Na wylocie sympatyczna rzeźba Chrystusa Frasobliwego. Potem całkiem konkretny podjeździk, na szczęście już w lesie, który daje jako taką ochronę przed słońcem. Las wkrótce się kończy i do Pszczewa jedziemy odkrytym terenem. W Pszczewie jest zjazd nad jezioro – super! Co prawda są jacyś ludzie, ale niewiele, jakaś pani z dziećmi, generalnie jest kameralnie. Najwyższa pora na kąpiel! Woda super, wreszcie jakaś ochłoda. Po kąpieli jeszcze smarujemy się kremem przeciwsłonecznym i ruszamy dalej.

Pszczew – trochę ochłody w jez. Kochle

Wyjeżdżamy z miasteczka obok stadionu jedziemy dość dobrą i na szczęście mało ruchliwą drogą najpierw przez pola, a potem w zasadzie do Obry przez las. Most na Obrze przekraczamy w Policku. Trochę nużący ten odcinek po szosie zwłaszcza, że trochę pod wiatr (chociaż chyba nieco mniej uciążliwy, niż wczoraj). Mijamy jeszcze jeziorko w Bobowicku: aura sprzyja kąpieli, ale przecież niedawno korzystaliśmy z tej przyjemności – liczymy, że jeszcze przed wieczorem coś się trafi.

Kościół św. Jana w Międzyrzeczu

Chwilę przed 14:30 jesteśmy w Międzyrzeczu. Chwilę wahamy się, czy nie skorzystać z kafejki, ale znajduje się ona w suterenie kamienicy (czy może nawet piwnicy), musielibyśmy zostawić cały nasz rowerowy dobytek bez dozoru na zewnątrz, cofamy się zatem do stacji Orlen. Korzystamy, rzecz jasna, z toalety, ale przede wszystkim – kawa! 🙂 Zastanawiam się też nad dalszą trasą i noclegiem. Najbliższe cele mamy jasne (podjechać na zamek w Międzyrzeczu, potem MRU i do Świebodzina), ale co potem? Generalnie chcemy jechać na południe, w Brodach przekroczyć Odrę promem, potem do Zielonej Góry i Zatonia – obejrzeć ruiny pałacu. Następnie wrócić do doliny Odry w Nowej Soli i pojechać po prawej jest stronie, zahaczając jeszcze o opuszczoną wioskę Rapocin, do Głogowa. Nocleg wychodzi najfajniej gdzieś tam pomiędzy miejscowościami Łąkie i Skąpe (zabawna koincydencja – w naszej okolicy jest Łąkie niedaleko Skępego :)) – jest tam jakieś jeziorko i las, może uda znaleźć się sympatyczne miejsce na biwak.

Dość długo siedzimy na tej stacji, doceniając uroki klimatyzacji – ale trzeba ruszać, jest 15:20, a droga jeszcze daleka: zrobiliśmy nieco ponad 60 km, a jeszcze dobre 40 przed nami. Przejeżdżamy przez centrum, obok dawnej synagogi i gotyckiego kościoła św. Jana Chrzciciela z końca XVI wieku, kierując się do zamku.

Międzyrzecki zamek
Międzyrzecki zamek

Dawna twierdza zbudowana przez Kazimierza Wielkiego w połowie XIV wieku, położona przy ujściu Paklicy do Obry, obecnie pozostaje w tzw. „trwałej” ruinie. Do środka nie wchodzimy, oglądamy tylko z zewnątrz. Ania jeszcze kupuje sobie lody i „chillout’uje” się na leżaczku, ja obchodzę nabożnie starożytne mury: są one, co prawda, późniejsze, ale pierwotny gród pamięta pierwszych Piastów, o czym wspomina Gall Anonim w swej kronice, opisując wyprawę Bolesława Krzywoustego na Pomorzan: „Pewnego razu wyruszył na Pomorze, gdzie już wcześniej objawił sławę swego imienia, albowiem takimi siłami obległ gród Międzyrzecz i z taką gwałtownością doń szturmował, że po kilku dniach zmusił załogę do poddania„. Zamek też gościł innych królów Polski – w nim to w 1574 roku zatrzymał się Henryk Walezy w drodze z Francji do Polski, by objąć tron. Zniszczony podczas Potopu Szwedzkiego, a potem rokoszu Lubomirskiego, nie odzyskał już dawnej świetności. Otoczony przez park i pełniący funkcję muzeum, jest chętnym miejscem popołudniowego wypoczynku Międzyrzeczan (i nie tylko). Wokół zamku ustawiono nowe już drewniane rzeźby, przedstawiające różne postaci świętych i królów – m.in. związanych poniekąd z Międzyrzeczem pierwszych męczenników polskich tzw. Pięciu Braci Międzyrzeckich, zamordowanych w pobliżu miejscowości (najprawdopodobniej na terenie położonej nieopodal wsi Święty Wojciech) w swoim eremie w 1003 roku.

Odpoczynek w towarzystwie Braci Międzyrzeckich (tak zgaduję, bo podpisu nie było…)

Zafrapowały nas te starożytności, a tu pora ruszać, jest już 15:40. Wyjeżdżamy z centrum i kierujemy się na zachód drogą rowerową wzdłuż DW137. Minąwszy drogę ekspresową S3, skręcamy na południe i teraz jedziemy drogą techniczną wzdłuż tej arterii. Gdyby nie to dość hałaśliwe sąsiedztwo, droga byłaby całkiem, całkiem. Z tym, że w pewnym momencie asfalt się kończy, jest szuter, a jeszcze chwilę potem jedziemy zupełnym singlem, nieco na dodatek zarośniętym. Ale to tylko kawałek – zaraz dojeżdżamy do jakiejś drogi, która… prowadzi nas do znaku „teren wojskowy, wstęp wzbroniony, ostre strzelanie”.

Tym razem ignorujemy pogróżki i wjeżdżamy….
Droga, najpierw fajna…
…staje się miejscami trudna
Singielek wzdłuż jez. Nietoperskiego

No, pięknie – ale my zaraz skręcamy w lewo i nadal z grubsza wdłuż „eski”, chociaż teraz w pewnym od niej oddaleniu, mijamy faktycznie coś w rodzaju jakiejś strzelnicy i jedziemy teraz ścieżką przez rzadki las. Jeszcze na moment zjeżdżamy do drogi asfaltowej prowadzącej wzdłuż S3, ale zaraz znów zjeżdżamy i odbijamy teraz na zachód, jadąc dość wymagającą dróżką terenową wzdłuż jeziora „Nietoperek Prawy”. Jeziorko fajne, ale woda raczej nie zachęca do kąpieli, jakieś takie płytkie i raczej przypominające staw, niż porządny, kąpielowy akwen.

Za jeziorkiem trochę w górę – uff! Potem już jest kawałek szuterku i dojeżdżamy do asfaltowej drogi, prowadzącej do Kęszycy. W samej miejscowości koło jakiejś agroturystyki skręcamy znów na południe, w ładną, szutrową drogę. Podjeżdżamy nieco pod górkę, mijając po prawej stronie zarośnięte wysoką trawą tzw. „zęby smoka” – czyli zaporę przeciwczołgową zbudowaną z rzędu kilkudziesięciocentymetrowej wysokości betonowych ostrosłupów: to już MRU, czyli Międzyrzecki Rejon Umocniony, po niemiecku Ostwall albo Festungsfront im Oder-Warthe Bogen.

Droga przez MRU

Trasa prowadzi generalnie przez pola i łąki, ale jest też trochę zadrzewień. Część z nich kryje tzw. „panzerwerki” – czyli po naszemu bunkry z wystającymi nad powierzchnię okrągłymi betonowymi kopułami z otworami strzelniczymi. Bunkry te połączone są leżącymi 30 metrów pod powierzchnią gruntu korytarzami (miejscami nawet wielkimi arteriami), częściowo teraz udostępnionymi do zwiedzania. Jak pisałem wcześniej, niegdyś to wszystko było niezagospodarowane, jednak ustanowienie rezerwatu chroniącego zimowiska nietoperzy wymusiło zakończenie tego „eksplorerskiego” eldorado: na wejściach (chyba już wszystkich) założono kraty i kompleks – w ograniczonym zakresie – można zwiedzać „od środka” tylko z przewodnikiem, po ściśle wyznaczonych trasach.

Zwracamy uwagę, że tu, na zachodzie, zboża już są praktycznie dojrzałe, złoto-brązowe. Pewnie lada moment zaczną się żniwa – u nas pewnie za 2-3 tygodnie.

Jeden z Panzerwerków – od tyłu
„Bez ruchu każą tkwić nam tu…”

Zatrzymujemy się na chwilę przy jednym z obiektów, oczywiście wejście do „Tartaru” starannie zakratowane, obchodzimy trochę z zewnątrz. Jedziemy dalej, dojeżdżamy do Pniew – tu z daleka widać drewnianą wieżę widokową, a także inny panzerwerk, ładnie wyeksponowany, nie osłonięty drzewami. Niestety, wieża widokowa jest zamknięta – chyba trochę podupadła i jej stan nie gwarantuje bezpieczeństwa. Po drugiej stronie drogi kompleks muzealny, budynek stylizowany na bunkier, obok znów pas „zębów smoka”. Nieco dalej bar – oczywiście, nieczynny. Zresztą, dochodzi już 17:00, pewnie zamyka się wszystko – chociaż ten bar, w środku sezonu nieczynny? Dziwne.

Panzerwerk w Pniewach
Stylizowany budynek muzeum w Pniewach, obok zęby smoka
Kapliczka w Kaławie

Jedziemy dalej na wschód, do Kaławy – tam skręcamy na południe, na drogę biegnącą wzdłuż S3 (chyba dawna DK3) do Świebodzina. Jedziemy teraz chyba z wiatrem, dość szybko. Mijamy dość ciekawą figurkę przydrożną, a niedługo potem zjeżdżamy, mijając Gościkowo i Paradyż – tu bardzo ładny pocysterski kompleks klasztorny, obecnie barokowy, chociaż założony w XIII wieku. Opactwo doznało znacznych zniszczeń podczas wojny trzydziestoletniej, atakowane przez protestanckie wojska magdeburskie, a także podczas późniejszego pożaru. Swoją obecną formę zawdzięcza odbudowie z XVIII wieku. W XIX wieku dobra zakonu (liczące ponad 16 tysięcy hektarów!) zostały zsekularyzowane – cystersi wówczas na zawsze opuścili swój klasztor, który obecnie jest siedzibą zielonogórsko-gorzowskiego seminarium duchownego.

Lubuskie wioski

Potem pod górkę – i kolejna miejscowość, Jordanów z bardzo ciekawą, murowaną zabudową. Uwagę zwraca murowano-drewniany późnogotycki kościół św. Anny, zbudowany zresztą przez paradyskich cystersów.

Jordanowo
Kościół w Jordanowie
Zabudowa w Jordanowie
Na zachodzie już żniwa

Przekraczamy autostradę A2, po drodze do Świebodzina znów rozległe pola uprawne: tym razem obserwujemy już pracujące kombajny – a więc żniwa rozpoczęte. Tymczasem dojeżdżamy już do ronda, z którego widać wielką figurę Chrystusa górującą nad Świebodzinem: dotychczas widzieliśmy ją „od tyłu”, jadąc ekspresową S3.

Wjazd (a raczej zjazd) do Świebodzina – widoczna figura Chrystusa

Wjeżdżamy do miasta, wytracając pracowicie zdobytą wysokość. Przed centrum zatrzymujemy się na chwilkę, by wybrać miejsce, gdzie zjemy obiad: wybór pada na położoną przy samym rynku restaurację Mimoza. Świebodzin robi na nas bardzo pozytywne wrażenie, ładne, zadbane miasteczko, zresztą sam zespół urbanistyczny miasta jest zabytkiem. Na rynku dominuje bryła XIX wiecznego neorenesansowego (chyba?) ratusza. Obok pomnik sukiennika świebodzińskiego i… ławeczka Czesława Niemena, z oparciem w formie pięciolinii. Nic mi, co prawda, nie wiadomo o związkach artysty z tym miastem, ale i tak fajnie.

Mam tak samo, jak Ty, miasto moje, a w nim – ławeczkę 🙂
Świebodziński ratusz z sukiennikiem

Obiad bardzo zacny, chociaż niewąsko drogi: Ania zamówiła dużą sałatkę, ja małże. Oczekując na dania, nolens volens przysłuchujemy się rozmowie (bardziej monologowi) z sąsiedniego stolika, jak ktoś (chyba wujek, ale dość młody facet) klaruje 15-16 letniemu chłopakowi, że musi wybrać sobie jakąś ścieżkę kariery i wytrwale nią podążać. W sumie w większości nawet sensowne, ale czasami trochę do przesady. Okazało się potem, że gość mieszka w Szwecji. My w końcu (trochę czekaliśmy) dostajemy dania: choć wyszukane, całkiem solidne. Do tego lemoniada – pycha.

Patrzę jeszcze na dzisiejszą i jutrzejszą trasę – nawigacja konsekwentnie unika promu na Odrze, tylko każe jechać nieco bardziej na zachód, do mostu kolejowego. Hmm, zastanawiające: sprawdzam w internecie i okazuje się, że kursowanie wszystkich okolicznych promów na Odrze zostało zawieszone ze względu na niski poziom rzeki. No, to jasne – dla pewności sprawdzam jeszcze informacje o tym moście kolejowym – powinno być okay, bo jest udostępniony dla pieszych także.

Zrobiło się całkiem późno – jest już 18:45, spędziliśmy tu ponad 50 minut. Dobrze byłoby się jeszcze gdzieś wykąpać i, oczywiście, znaleźć miejsce na nocleg. Wyjeżdżając z miasta, robimy zakupy w „Biedronce” – tutaj nie wzięliśmy pod uwagę, że to wieczór, całkiem niewąski tłok przy kasach, ponad 15 minut wypalamy tutaj. W końcu udaje się jednak wyjechać z miasta.

Centrum dystrybucyjne Amazona w Świebodzinie

Łapiemy dość fajną drogę rowerową, biegnącą wzdłuż dość ruchliwej drogi wojewódzkiej. Mijamy wielkie centrum logistyczne Amazona (w zeszłym roku mijaliśmy podobne w Kołbaskowie pod Szczecinem) i dojeżdżamy do miejscowości Chociule – po lewej stronie ogrodzony murek park, w nim niewidoczny pałac. My skręcamy teraz w prawo, na zachód nieco, mijając zaniedbany, opuszczony najwyraźniej kościół św. Katarzyny.

Najpierw zacna droga polna…
…a na koniec jeszcze trochę kocich łbów

Zaraz też skręcamy w polną drogę, dość przyjemną w sumie, chociaż miejscami mocno nierówną. Potem kawałek lasu – nawet rozglądam się, czy nie ma jakiegoś dobrego miejsca noclegowego. Jedziemy jednak dalej, pojawiają się kocie łby, na szczęście na krótko. Dojeżdżamy do Łąkiego – tu zjeżdżamy nad jeziorko, które okazuje się… nieco większym stawem, do kąpieli w ogóle się nie nadaje. Zaraz, zaraz… sprawdzam – faktycznie, jezioro „właściwe” jest nieco dalej, podjeżdżamy więc i kawałek dalej jest zjazd do kąpieliska – całkiem przyjemnego, nie ma ludzi, chociaż w zasadzie jest we wsi. No, ktoś tam pływa dalej łódką, więc nie ryzykujemy i przebieramy się w stroje. Z przyjemnością zmywamy pot i kurz drugiej połowy dnia. Woda bosko chłodzi. Nawet pojawia się jakaś ekipa rowerzystów „na lekko”, na gravelach, ale zadowalają się kontemplowaniem widoku na jezioro z góry. Za to na plaży pojawia się jakaś rodzinka z pieskiem.

Jest 20:15, trzeba ruszać – chociaż teraz, to już tylko będziemy szukać noclegu, kolacji wielkiej raczej już też nie będziemy jeść po świebodzińskiej wyżerce. Na razie droga prowadzi wzdłuż jeziora – nie ma tam za bardzo dobrego miejsca, po drugiej stronie też słabo. Potem kawałek lasu – trzeba coś znaleźć, bo potem jest kolejna wieś – Skąpe. Najpierw szukamy po prawej stronie – słabo, za to po lewej znajdujemy w miarę dobre miejsce pod starymi sosnami. Sprawdzamy jeszcze pogodę, czy aby nie będzie wiać mocniej w nocy, ale nie, raczej spokojnie. Rozbijamy się więc, chociaż jest trochę komarów – nieco dalej jest łąka, chyba nieco wilgotna, stąd i to niechciane towarzystwo. To nasz drugi nocleg „na legalu” na tej wycieczce, mimo woli zresztą – potem sprawdziłem, że biwak wybraliśmy na terenie objętym akcją „zanocuj w lesie”. 🙂 Zajadamy bułki z jogurtem i starając się za wszelką cenę uniknąć wpuszczenia komarów, ładujemy się do namiotów. Ania zdejmuje jeszcze kleszcza, na szczęście ledwo przyczepionego.

Chyba już można iść spać, dziś przecież nic już się nie zdarzy…

2021-07-15

Skąpe – Nowa Sól (ok. 70 km)

Dziś ostatni dzień wycieczki, musimy dojechać do Głogowa, skąd mamy pociąg. Od nas to nieco ponad 100 km – w sam raz. Mamy czas do 21:37, więc spokojnie zdążymy, mimo to wstajemy w miarę przyzwoicie, gdzieś tam ok. 6:30, żeby mieć przyzwoity margines.

Pobudka!

Pogoda cały czas dopisuje, jemy śniadanko, zwijamy biwak i o 8:15 ruszamy. Wracamy do szosy i jedziemy do Skąpego. Tu, znów drogą wojewódzką, dojeżdżamy sprawnie do miejscowości Przetacznica. Przed mostem na rzeczce Ołobok skręcamy w lewo. Mijamy jakąś murowaną zagrodę, obok dawna studnia. Przystajemy na chwilę, by się przebrać – zrobiło się ciepło. Najbliższe parę kilometrów do droga przez las, zobaczymy, jak będzie.

Przetocznica
Most na Ołoboku w Przetocznicy

No i, niestety, jest słabo – chociaż z początku nie wyglądało, że będzie aż tak źle. Piach momentami mocno przykry, od czasu do czasu da się jechać bokiem, chociaż też nie jest łatwo, ale czasem młody sosnowy zagajnik dochodzi do samej drogi i pozostaje rzeźbienie śladu w… piachu. Sporo pchamy. Dojeżdżamy do obniżenia, tu kawałek lepszej drogi – przekraczamy jakiś strumyk, znów pod górę i dalej – może nie to samo, ale wciąż słabo. Tak kiepskiego odcinka nie mieliśmy podczas całej naszej wycieczki. Na dodatek, ten las otaczający nas jest mocno suchy, momentami zamiast ściółki na glebie leżą tylko suche gałęzie.

Podejmujemy walkę z kopnym piachem…
…ale momentami przegrywamy
W końcu asfalt – Bródki

Ale wszystko, co złe, się przecież kończy – dojeżdżamy do wsi Bródki, tu skręcamy w prawo w drogę w kierunku Krosna Odrzańskiego. Do promu powinniśmy jechać w lewo – nawet się waham, czy kogoś nie zapytać o ten prom, ale jedyna osoba, którą spotykamy, nie wzbudza naszego przesadnego zaufania – ma aparycję osoby nie stroniącej od alkoholu od wielu, wielu lat. 😉 Przekraczamy most z jazem na Ołoboku i dojeżdżamy do kolejnej miejscowości – Nietkowic. Tu trochę starej zabudowy, m.in. chyba dawny dwór, obecnie służący jako wiejska świetlica, potem budynek dawnej szkoły, w dość kiepskim stanie.

Stara zabudowa w Nietkowicach
Budynek dawnej szkoły w Nietkowicach

Zjeżdżamy z drogi, kierując się w stronę Odry. Tutaj jedziemy trochę po betonowych płytach, trochę po szutrze i za chwilę jesteśmy przy moście kolejowym. Najwyraźniej trwają jakieś prace, są samochody i jakieś pogłębiarki. Sama kładka dla pieszych wąska, trzeba przeprowadzić rower.

Nadodrzańskie nieużytki
Droga nad Odrę

Spoglądamy na Odrę (2 tygodnie później wynikła sprawa z katastrofą ekologiczną) – ładnie wygląda, chociaż widok psują trochę te koparki. Mija nas pociąg (sama lokomotywa). Za mostem skręcamy w lewo, na wschód: jedziemy teraz wałem.

Przez most idziemy pieszo, bo wąsko
Załapujemy się nawet na pociąg
Odra

Droga teraz bardzo przyjemna, chociaż nie wiadomo, jak się ubrać. Co zdejmiemy bluzy, to słońce chowa się za chmury i, biorąc pod uwagę jeszcze wiatr, jest ciut za chłodno. A jak założymy, to słońce wychodzi i robi się ciepełko. Ale za to nie pada. 🙂 Droga też całkiem przyjemna, twarda, trochę wyboista, ale za to prawie bez piachu.

Wał Odry
Dolina Odry – w dali wzgórza Wysoczyzny Czerwieńskiej
Dolina Odry

Starorzecza

Dojeżdżamy do DW 280 obok jakichś elementów fortyfikacji. To jest ta droga, która z Brodów prowadzi promem na Odrze do Czerwieńska, do którego i my się kierujemy. Niby wojewódzka, ale czas świetności ma dawno za sobą – miejscami odkrywki do gołego bruku. 🙂

Czerwieńskie fortyfikacje

W pewnym momencie Ania narzeka na jakieś dziwne dźwięki dobywające się z roweru. Zatrzymujemy się na szosie – ruchu wszak praktycznie na niej nie ma – i sprawdzam, co to może być. Chyba przyciera trochę tylny hamulec? Szybka regulacja, jest okay, ale czy to było źródłem dźwięków? Nie wiem, chyba nie. Ruszamy – może jednak tak? W każdym razie jest teraz okay.

Małe poprawki techcznine…
…i można jechać dalej

W samym Czerwieńsku trochę bruku. Mijamy neogotycki kościół św. Wojciecha, skręcamy na Zieloną Górę. Tu zwraca naszą uwagę murowany budynek z XIX wieku będący niegdyś zborem ewangelickim, obecnie jest to jakaś narzędziownia.

Czerwieńsk
Dawny zbór w Czerwieńsku

Za Czerwieńskiem wjeżdżamy w las, jest też droga rowerowa wzdłuż szosy – nawet dobrze, bo ruch tu jednak większy. Za jeziorkami DDR przechodzi na drugą stronę. Zaczynamy nabierać wysokości – w końcu Zielona Góra, to góra. Przed miastem, a w zasadzie na jego przedmieściach, zjeżdżamy w prawo – samo centrum będziemy omijać. Okazuje się, że idea, sama w sobie może dobra, ale wykonanie słabsze – kończy się asfalt, jest trochę piachu. Mijamy przejazd kolejowy, wjeżdżamy w jakiś lasek. Przejeżdżamy pod wiaduktem – nad nami obwodnica Zielonej Góry, jest kawałek asfaltu. Za chwilę jakieś przedsiębiorstwo budowlane i znów czarny szuterek. Przejeżdżamy koło ogródków działkowych i za chwilę łapiemy asfalt. Ania zmęczona i trochę zła na wybór trasy. Odpoczywamy sekundkę i sprawdzamy, gdzie tu można się zatrzymać – wychodzi nam, że stosunkowo niedaleko naszej trasy jest Orlen, zawsze dobre miejsce na kawę.

Dojeżdżamy do większej arterii – ulicy Prostej – nią skręcamy w lewo, jadąc kiepskim, kostkowym ciągiem dla rowerów. Potem kawałek w lewo – i jesteśmy na stacji. Ania została trochę z tyłu i mówiła, że mijaliśmy jakąś kawiarenkę po drodze, no cóż, za późno. Orlen też nie jest zły. Przy Orlenie jakiś pracownik, wygląda na kierownika, pyta, czy nie chcemy schować gdzieś rowerów. Wow, co za obsługa! W sumie to nie chcemy, bo ustawiamy rowery akurat na widoku z kanapy, na której siadamy, ale gest bardzo miły i niecodzienny. Rozmawiamy chwilę, okazuje się, że on też sporo jeździ, również wyprawowo. Niniejszym pozdrawiamy, o ile Pan to czyta! 🙂

Wypijamy kawkę i coś słodkiego do tego, odpoczywamy. Nasz następny cel to ruiny pałacu w Zatoniu, kawałek na południe od miasta. Potem pojedziemy na południowy wschód, generalnie wzdłuż Odry, do Nowej Soli – tam zrobimy następne większe jedzenie, a w samym już Głogowie obiad (czy raczej kolacja).

Zielona Góra – teraz już tylko w dół (no, prawie…)!

No, pora ruszać – za chwilę 13:00, nasz postój tutaj trwał prawie trzy kwadranse. Wracamy do ulicy Zacisze i, jadąc wciąż wydzieloną drogą dla rowerów, wspinamy się na najwyższe wzniesienie tego dnia, mrożące krew w żyłach prawie 200 m n.p.m. – przy Parku Piastowskim. A potem zaraz w dół. Mijamy ogród botaniczny, potem jakieś rondko, cały czas podążając na południe.

DDR do Zatonia

Potem szosa odchodzi w lewo, a dalej biegnie elegancka droga dla rowerów, super! Co prawda, za chwilę dojeżdżamy do drogi wojewódzkiej 283 i teraz wzdłuż niej jedziemy, ale i tak jest przyjemnie, zwłaszcza, że teraz cały czas w dół. W jednym tylko miejscu jest przebudowa, musimy zjechać na kawałek na szosę i postać z samochodami na światłach, kontrolujących „wahadło”.

Do samego Zatonia jedziemy tą drogą dla rowerów. Pałac z parkiem jest całkiem niedaleko, trwała ruina robi duże wrażenie. Sam budynek, przebudowany w stylu klasycystycznym na życzenie księżnej Doroty de Talleyrand-Périgord gościł wybitne (lub przynajmniej bardzo znane) postaci: Aleksandra von Humbolta, Franciszka Liszta, Ryszarda Wagnera, króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV, czy cara Mikołaja I. Teraz zaś zjawiliśmy się my. 🙂 Pałac został spalony pod koniec II wojny światowej przez wojska radzieckie i od tej pory pozostaje ruiną.

Ruiny pałacu w Zatoniu
Ruiny pałacu w Zatoniu
Ruiny pałacu w Zatoniu
Ruiny pałacu w Zatoniu
Nie mogliśmy się powstrzymać… 🙂
Przypałacowy park – „łąka Joanny”
Dąb Talleyranda

Wokół pałacu rozciąga się rozległy park, zaprojektowany przez Piotra Lenné, jednego z najwybitniejszych XIX-wiecznych architektów krajobrazu, twórcy m.in. ogrodów pałacowych w Poczdamie i Berlinie. Prócz starych, imponujących drzew znajduje się tutaj też piękna „łąka Joanny”, na której końcu widać kopiec z różaną altaną.

Różana altana
Ani taki układ nadzwyczaj się spodobał 😉

Tam też, po odpoczynku, podążamy, mijając po drodze pomnikowy „dąb Talleyranda”. Potem wyjeżdżamy już na biegnącą na wschód lokalną szosę, którą kawałek jedziemy. Wyprzedza nas para rowerzystów – on z sakwowym „czteropakiem”, ona „na lekko” z małą podsiodłówką tylko na kolarzówce (lub gravelu). Chyba obcokrajowcy, sądząc z akcentu, gdy pozdrawiamy się wzajemnie.

Trochę przez las…
…i trochę przez pola…
…docieramy do wsi Ługi
Walka z piachem

Droga może i przyjemna, ale za to nie do końca we właściwym kierunku, odbijamy więc w prawo, w las. Jedzie się całkiem nieźle, choć momentami jest nieco piaszczyście, ale bez przesady. We wsi Ługi wyjeżdżamy na moment na asfalt, który jednak znowu prowadzi zbyt na wschód, my skręcamy zatem w polną drogę na południe. Trakt, z początku szutrowy, w lesie zmienia się na dobrze piaszczysty, znów kawałkami pchamy. Mijamy jakąś łąkę, teren chyba lekko wilgotny, kawałeczek droga jest twarda, a potem znów piach. Coś ten ostatni dzień pod tym względem chce nam dać do wiwatu. 🙂

No, ale w końcu dojeżdżamy do solidniejszej, bardziej szutrowej drogi i nią już podążamy w kierunku Nowej Soli. Jest mocno wyboista, poprzerastana korzeniami, ale przynajmniej się jedzie, a nie pcha. Koło przejazdu przez S3 pojawia się nawet asfalt tyle, że kiepski. Słyszę jakieś dziwne dźwięki od strony tylnego koła – czyżby coś haczyło o szprychy? Zatrzymuję się, kręcę kołem – nic nie słychać, hmm, dziwne. Jadę dalej – no coś tam słyszę. Dobra, za chwilę w Nowej Soli zrobimy postój, to się przyjrzę.

Na łące trochę lepiej
Droga nawet całkiem znośna

Ale potem znów kicha
W końcu jednak wyjeżdżamy na prostą

Dojeżdżamy do ulicy Północnej i podążamy biegnącą wzdłuż niej drogą dla rowerów. Chcemy znaleźć jakiś sklep, kupić jakieś słodkie bułki i kefir. Lecz cóż to, na jakichś światłach, przy starcie, coś dziwnego dzieje się z moim napędem – coś tam haczy, może coś wpadło?! Szybko zjeżdżamy ze skrzyżowania i zatrzymujemy się na chodniku. Oglądam – no nie! Pęknięta szprycha w tylnym kole, to ona haczyła o łańcuch i zębatkę. Do diaska, pęknięcie nastąpiło nieco powyżej piasty. W zeszłym roku spadł mi tam łańcuch dwa czy trzy razy, na pewno szprychy od strony kasety swoje dostały. Wyjmuję uszkodzoną szprychę: koło, póki co, kręci się prosto. Zostało nam jednak jeszcze trzydzieści kilometrów, część wyboistymi zapewne drogami, no i „na ciężko”, z sakwami. A jak poszła jedna szprycha, to pewnikiem zaczną pękać następne…

Na pękniętą szprychę i św. Florian nie poradzi… 😉

Na razie ruszamy, przecież i tak musimy zrobić przerwę jedzeniową. Z tego zdenerwowania jedziemy za daleko i niemal wyjeżdżamy już z miasta, musimy się cofnąć. Robimy zakupy w jakiejś „Żabce”, siadamy na ławeczce na skwerku z figurą św. Floriana i konsumujemy drożdżówki, popijając kefirem. Dumam, co tu zrobić z tym moim kołem. Może znajdzie się jakiś serwis tutaj, który dołożyłby mi tę szprychę? Niestety, sam nie mam ani zapasowych szprych, ani klucza do kasety. Dzwonię w jedno, drugie miejsce – niestety, nie zrobią na poczekaniu. Co tu począć? Zastanawiam się, czy nie zmodyfikować jakoś trasy i nie polecieć na wszelki wypadek asfaltem do Głogowa, zawsze to lżej dla koła. Jest jednak ryzyko, że i tak zaczną pękać kolejne szprychy. Jak gdzieś w połowie drogi utknę, to będziemy mieli nie lada kłopot. W końcu sprawdzam pociągi: ha, co godzinę jeździ Regio w kierunku Głogowa. Do dworca nie jest daleko. Jeszcze chwilę się zastanawiamy, ale ostatecznie decydujemy się zakończyć tutaj naszą wycieczkę – nie ma co ryzykować. Awaria w sumie nastąpiła w najlepszym niemal miejscu z możliwych: pod sam koniec wycieczki, blisko dworca. Nie ma co kusić losu. Kończymy jedzenie, kupuję bilety i ruszamy na stację.

Na dworcu mamy jeszcze ponad pół godziny czekania, potem pół godziny jazdy pociągiem i jesteśmy w Głogowie. Jest 17:30, mamy sporo czasu do naszego pociągu powrotnego o 21:51. Na razie robimy rozeznanie, gdzie by tu zjeść kolację. Ania robi szybki rekonesans i wychodzi jej, że najlepsza będzie położona całkiem blisko dworca pizzeria Torino. Podjeżdżamy tam – mają też stoliki na razie na zewnątrz, jest wolny stolik akurat z brzegu, wciśniemy tam też nasze rowery. Zamawiamy pizzę i lemoniadę do picia. Mamy jednak pecha – stolik obok nas zajmuje towarzystwo z, nazwijmy to bardzo eufemistycznie, totalnie innej bajki. Dwie kobiety, których usta noszą ślad niezbyt udanych operacji plastycznych, facet i dziecko: z wyjątkiem tego ostatniego wszyscy posługują się wyjątkowo ohydnym, knajackim językiem, a my chcąc nie chcąc musimy tego słuchać. Wygląda na to, że są przy deserze, liczymy więc, że niedługo sobie pójdą. Dość długo czekamy na naszą pizzę, w końcu dostajemy. Towarzystwo z sąsiedniego stolika szczęśliwie opuszcza restaurację. Chcemy zamówić jeszcze kawę, znów dość długo musimy czekać na obsługę. Jedzenie bardzo dobre, obsługa sympatyczna, ale zdecydowanie zbyt długi czas oczekiwania. Podchodzi do nas młody facet i pyta o rowery – trochę gadamy, on też sam niby jeździ, ale chyba bardziej kręci go samo dłubanie przy rowerach i ich składanie. 🙂 W każdym razie bardzo sympatyczny gość, zaciera na szczęście niezbyt przyjemny obraz mieszkańców Głogowa wywołany przez tamto towarzystwo.

Głogowska „starówka”

Siedzimy w tej restauracji, ale mamy jeszcze kupę czasu – postanawiamy „wyjść na miasto”. W parku nieopodal Ania się jeszcze przebiera, potem ruszamy na obchód „starówki”: jako, że centrum zostało prawie całkowicie zburzone podczas drugiej wojny światowej, to większość budynków jest odbudowana. Samo miasto jest jednym z najstarszych w Polsce, pierwotny gród pamięta czasy Mieszka I, a nawet wcześniejsze plemienne czasy, kiedy to teren ten zamieszkiwany był przez Dziadoszan. Upamiętnione bohaterską obroną z 1109 roku podczas najazdu niemieckiego, stało się siedzibą Księstwa Głogowskiego.

Oglądamy ruiny gotyckiego kościoła św. Mikołaja z końca XIII wieku, kościół Bożego Ciała, a także ratusz z 80 metrową wieżą i zabudowę wokół rynku. Idziemy też nad Odrę, skąd mamy widok na położony na Ostrowie Tumskim najstarszy kościół Głogowa pw. Wniebowzięcia NMP, a potem jeszcze przechodzimy obok Zamku Książąt Głogowskich, już wracając na dworzec. Jeszcze zaopatrujemy się w wodę na drogę, coś do zjedzenia jeszcze mamy.

Różowy most o zachodzie nabiera szczególnego kolorytu

Nasz pociąg odchodzi z czwartego peronu. Nie ma do niego windy, męczymy się schodami. Niby stoi jakieś Regio, ale wygląda to jakoś dziwnie, żadnych napisów o kursie. Wychodzi jakiś gość i pyta się, czego tu szukamy. No, jak to czego, pociągu do Leszna? Dzisiaj nie jedzie, informuje nas beztrosko. Co??? Jak to? No, nie jedzie, braki w taborze, taka sytuacja jest codziennie praktycznie. Ale jest zastępcza komunikacja autobusowa. Super… ciekawe, czy ZKA weźmie nam rowery? Świetna informacja – elektroniczna tablica informuje, że pociąg odjedzie z peronu czwartego, po prostu pełna profeska. 🙁 Wracamy – okazuje się, że można przejść przez tory na peron 2, a stamtąd już jest winda. Przynajmniej tyle. Próbujemy się czegoś dowiedzieć, ale ani kasy, ani informacja nie czynne. Dwóch ochroniarzy potwierdza jednak tę wersję o autobusie, podobno ma się pojawić przed dworcem. Okay, zobaczymy.

Faktycznie, chwilę przed terminem planowanego odjazdu jest autobus, to ten! Rowery nam też weźmie, uff! W Lesznie i tak mamy sporo czasu na przesiadkę, nawet, jak autobus będzie później, nie robi nam to specjalnej różnicy. Ludzi zbyt wielu nie ma, z rowerami na szczęście tylko my.

We Wschowej (Wschowie?) wsiada jakiś ostro zawiany gość, nawet nie ma pieniędzy na bilet. 🙂 Siada koło nas, nieźle zalatuje przetrawionym alkoholem. W końcu Leszno, wysiadamy na świeże, wieczorne powietrze, uff. Patrzymy, czy nie ma gdzieś jakiegoś czynnego baru, albo coś – nic z tego. Trudno, idziemy do poczekalni. Za chwilę pojawia się w niej ten pijany facet, który z nami jechał i… zaczyna palić papierosa. No nie, to już przesada! Ania obsztorcowuje go zdrowo, gość na szczęście posłusznie wychodzi. Smród zostaje…

Północ na dworcu w Lesznie

Patrzę na tablicę pociągów – najbliższe są opóźnione. Ciekawe, czy nasz też będzie? Próbujemy kimonić trochę na niezbyt wygodnych ławkach, w końcu… zapowiadają nasz pociąg, że się spóźni 35 minut. Fajnie… Potem opóźnienie się zwiększa do 50 minut – to prawie na pewno nie zdążymy na planową przesiadkę w Gdyni. Pojedziemy następnym, nie ma problemu, tylko, jak tam będzie z rowerami? W tym Regio z Gdyni na Hel to są z tym problemy, ale na razie nie będziemy się martwić zawczasu.

W końcu idziemy na peron, nasz pociąg „Rozewie” niedługo będzie. No i jest! Miejsca dla rowerów zajęte przez siedzących na podłodze ludzi. Na szczęście nie robią problemu, ktoś tam się przesiada, zawieszamy nasz sprzęt na wieszakach. Gorzej jest z miejscami do siedzenia – oczywiście zajęte. Nie mamy jednak litości, chociaż gość udaje, że śpi i niby nie można go dobudzić. Ale Ania jest zdesperowana: w końcu, obrażony, wstaje i wychodzi. To TLK – klimatyzacji nie ma: wobec tłoku atmosfera taka, że siekierę można powiesić. Próbujemy mimo to trochę spać.

2021-07-16

Gdynia – Karwieńskie Błota II (ok. 23 km)

Do Gdyni docieramy z przepisowym opóźnieniem. Pociąg na Hel odjechał, to może zjemy śniadanie. Zostaje nam chyba tylko dworcowy McDonalds’ na szybko – zamawiamy kawę i ciastka. Korzysta też odważniejszy wróbel, zajadając okruszki. Patrzę na prognozę pogody – chociaż teraz jest całkiem ładnie, to ok. 10:00 ma przyjść z bardzo wysokim prawdopodobieństwem deszcz – i to taki całkiem, całkiem. Świetnie… Gdyby pociąg się nie spóźnił, bylibyśmy już wtedy na miejscu. Ale, zobaczymy, może się nam jednak uda uniknąć dżdżu.

Na krzywy ryj 😉

Wracamy na peron, niedługo podjeżdża kolejny pociąg na Hel. Miejsc dla rowerów ma od groma, poza tymi w „normalnym” składzie na podłączony jeszcze dodatkowy wagon z miejscami rowerowymi. Podczas kontroli konduktor bąka, co prawda, że bilety mamy na poprzedni pociąg, ale tłumaczę mu, że na poprzedni nie zdążyliśmy z winy przewoźnika i że konduktor w tamtym pociągu powiedział nam, że możemy jechać następnym bez problemu, więc gość też nie robi problemu, tym bardziej, że nadmiaru rowerów nie ma.

W Swarzewie wysiadamy i o 9:15 ruszamy zaraz drogą rowerową na zachód. Uświadamiam sobie, że miałem wypłacić gotówkę w Gdyni, a musimy zapłacić za pobyt Mamy. Tu oczywiście nie ma bankomatu. Sprawdzam – jest w Karwii. Dobra, nadłożę te 2 czy 3 km, trudno. Chmurzy się coś, faktycznie, ale nie martwimy się na zapas, na razie dobrze się jedzie, chociaż jesteśmy trochę zmęczeni po nieprzespanej nocy. Chmury jednak wciąż coraz bliżej… W Radoszewie zaczyna kropić, zatrzymujemy się na chwilę pod elegancką wiatką z ławeczkami. Zaczyna padać coraz mocniej – wyciągamy kurtki, ja zakładam też długie spodnie, bo z pewnością temperatura zacznie zaraz spadać. Za chwilę już pada całkiem konkretnie… Chwilę czekamy, ale raczej nie wygląda na to, że szybko minie – ruszamy.

Temperatura spada faktycznie i to mocno – za chwilę robi się 12 stopni, potem nawet 11. W Sławoszynie opuszczamy drogę i skręcamy w prawo, w kierunku Karwi. Po wjeździe na górkę rozdzielamy się. Ania jedzie najkrótszą drogą na miejsce, ja przez Karwię, żeby tę gotówkę zdobyć. Jadę teraz szybko, chociaż ostrożnie, bo ruch samochodów jest całkiem spory, a jezdnia mokra, w koleinach stoi woda. W Karwi bankomat „sępi” na jednorazową wypłatę, muszę iterować. 🙂 W końcu mam tyle, ile potrzeba, jadę dalej na zachód wzdłuż morza, a potem odbijam w płytową drogę wzdłuż kanału na południe. Odcinek niezbyt wygodny, ale krótki, w międzyczasie deszcz trochę ustaje. Jeszcze kawałek po szosie i jesteśmy na miejscu. Witamy się z rodzinką – oni są praktycznie gotowi do jazdy. Jemy jeszcze jakieś drugie śniadanko, pakujemy graty (w międzyczasie znowu pada) i niedługo ruszamy do domu. Nie jedziemy najkrótszą drogą, tylko z Wejherowa przez Kaszuby – w Kobylu bowiem kupujemy jeszcze zapas miodu na zimę. 🙂